|
Niewielu Amerykanów wie, że Radio Wolna Europa wciąż istnieje, pisze Anne Applebaum, komentatorka spraw międzynarodowych związana obecnie z „The Post”, w końcu lat 80. korespondentka „The Economist” w Polsce. Tymczasem jest ono tak samo ważne jak w czasach zimnej wojny, gdy stanowiło źródło niezależnych informacji w Europie Wschodniej. Teraz nadaje w 28 językach do 21 krajów i pełni tę samą rolę m.in. w Iraku, Iranie, Afganistanie, Białorusi, Rosji. To, że w Ameryce niewielu o tym wie, świadczy o ubóstwie amerykańskich debat o polityce zagranicznej w ogólności a zwłaszcza o debacie prowadzonej w roku wyborczym. RWE jest w wielu częściach świata cenioną a nawet ulubioną amerykańską instytucją, w Stanach jest natomiast powoli, metodycznie skazywana na śmierć przez zagłodzenie. Budżet RFE/RL, kontynuatora RWE z siedzibą w Pradze, wynosi obecnie 75 mln dolarów w porównaniu z 230 milionami, które Radio otrzymywało w niektórych latach okresu zimnej wojny. Owe 75 milionów w czasie gwałtownego spadku dolara musi starczyć na wszystko – pensje, nadajniki, system antyzagłuszeniowy, bezpieczeństwo, pełny serwis internetowy – czyli wypełnianie misji. Dla porównania, po które sięga prezes RFE/RL Jeff Gedmin, 75 mln to równowartość 4 helikopterów Apache. A jest to porównanie trafne, pisze Anne Applebaum, bo jeśli Radio zamilknie Amerykanie będą potrzebowali jeszcze więcej helikopterów. Wielu analityków mówi o potrzebie wzmocnienia polityki „soft power”, pozamilitarnych inicjatyw i instytucji, które tak jak kiedyś zdobywałyby serca i umysły w odległych miejscach dokąd wojsko nie może lub nie powinno być wysłane. Wszyscy kandydaci na prezydenta zapewniają, że w wypadku gdy zostaną wybrani polityka zagraniczna USA zmieni się, postawi bardziej na dyplomację itd. RWE ma zatem sporą liczbę zwolenników, a także konstruktywnych krytyków w Waszyngtonie. Czego mu brak to rzecznika, kogoś w Kongresie, w Białym Domu czy na wiecach wyborczych, kto przypominałby, że Amerykanie wykorzystywali już w przeszłości z niezłym skutkiem „soft power”, i że warto zamienić kilka helikopterów na lepiej poinformowanych Afgańczyków. Ale jeśli nikt nie będzie pamiętał o politycznym i finansowym wspieraniu Radia, przestanie ono istnieć. Tyle streszczenie komentarza Anne Applebaum, który ukazał się 22.4.2008 w "Washington Post" oraz w internetowym magazynie tej gazety pt. "Slate". Tekst w "Washington Post". czytaj Tekst w "Slate". czytaj Do tego obrazu dodać można informację o planach zamknięcia sekcji języków południowosłowiańskich i albańskiego z końcem bieżącego roku. Mówił o tym na posiedzeniu komisji spraw zagranicznych Senatu USA 4 marca br. Janusz Bugajski, szef New European Democracies Project w Center for Strategic and International Studies (CSIS). Sekcja South Slavic and Albanian languages powstała jeszcze (a właściwie dopiero) na początku 1994 r. w RWE w Monachium, gdy konflikt w byłej Jugosławii gorzał od kilku lat. Obecnie RFE/RL, kontynuator RWE, nadaje z Pragi 12 godzin programu dziennie do Bośni-Hercegowiny, Serbii, Czarnogóry, Kosowa i Albanii. W latach 90. wskazywano już, że zaniechanie nadawania „zastępczych” programów radiowych do Jugosławii w czasach zimnej wojny było błędem. Tak oceniał to m.in. Tadeusz Mazowiecki, wysłannik ONZ do Bośni-Hercegowiny w latach 1992-95. Programy te mogły przyczynić się do większej tolerancji, wiedzy o prawach człowieka i narodowości w republikach jugosłowiańskich. Czyżby dziś uznano, że misja ta została wypełniona? (ab) |