Migawki/zajawki

Archiwa
 

Spory polsko-amerykańskie w RWE

czytaj
 
Home arrow Sylwetki arrow Pamięci Piotra Mroczyka
Pamięci Piotra Mroczyka
09.01.2008.
Fragmenty przemówienia Piotra Załuskiego odczytanego podczas mszy żałobnej w intencji św. p. Piotra Mroczyka (1947 - 2007) odprawionej w Kościele Świętego Krzyża w Warszawie 3 stycznia 2008 roku.

 

Serdecznie o przyjacielu

 (…) Znakomity spiker i lektor języka angielskiego w radiu Polonia, w czasie pierwszej "Solidarności" Piotr wyrósł na lidera organizacji związkowej w Komitecie d/s Radia i Telewizji w Warszawie. Jesienią roku 80. został wybrany przewodniczącym komisji zakładowej. Wkrótce także wiceprzewodniczącym Krajowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Solidarność" Radia i Telewizji. Wchodził w skład ścisłej grupy ekspertów i doradców podczas oficjalnych negocjacji „Solidarności" z rządem w sprawie dostępu do radia i telewizji, kiedy mieliśmy nadzieję przynajmniej na regularnie emitowane audycje pod egidą związkową, a nie pod nadzorem wszechobecnej cenzury.

Wszyscy ówcześni członkowie "Solidarności" w tzw. Radiokomitecie (może nie wszyscy, ale znakomita większość) pragnęliśmy przekształcić instytucjonalną strukturę partyjno-państwowej propagandy w strukturę społeczną, w telewizję publiczną i radio publiczne. To była droga – tak wtedy na fali entuzjazmu posierpniowego uważaliśmy - do odzyskiwania naszej wiarygodności zawodowej, droga do ledwie migocącej, na owe czasy ułudnej – wolności. W kraju – przypomnijmy te oczywiste fakty - władzę niepodzielnie sprawowali wówczas komuniści, z ich nadania ludzie, najczęściej mierni i wierni, nadto wielce pryncypialni, sprawowali nadzór nad każdą wewnętrzną jednostką: naczelną redakcją i nad terenowymi ośrodkami. Szczególnie "chroniona" – przy gigantycznym wsparciu cenzury – była dziedzina informacji i publicystyki. I tu "Solidarności" chciało się mieć niezależne poletko – jedynie gwoli mówienia prawdy, której niedostatek dostrzegał w wydaniach dziennikowych nawet najprostszy telewidz i słuchacz. Ale przecież – mimo sierpniowego ożywienia i nadziei na gruntowne w kraju posprzątanie – był to nadal ustrój, który swoją siłę w znacznej części czerpał z monopolu na prawdę, tyle że tę prawdę preparowano i dozowano w wielkim gmachu KC PZPR.

Jeden z ówczesnych korespondentów BBC, kiedy usłyszał z ust św. pamięci Piotra o naszych projektach uspołecznienia tego najpotężniejszego w PRL-u medium uśmiechnął się i krótko skomentował: "Crying to the moon", skowyt do księżyca, sprawa beznadziejna. A mimo wszystko wierzyliśmy w sens naszych działań. Piotr ze swoją błyskotliwością umysłu i nieudawanym entuzjazmem, wspierany przez grono podobnych do niego zapaleńców, potrafił skutecznie innych utwierdzać w słuszności postępowania, krzepił wątpiących, odważnie piętnował małowiernych. Był otwarty na każdą sugestię i pomysł, potrafił słuchać, myśleć i działać. Był przy tym rozumnym optymistą.

Miał od Boga wiele darów: wielki urok osobisty, poczucie humoru, przedsiębiorczość i porywającą aktywność, umiejętność logicznej analizy sytuacji i przewidywania toku zdarzeń. I dlatego często mógł liczyć na szczęśliwe przypadki. Nie w jego naturze było załamywanie rąk.

Kiedy decyzją prezesa radiokomitetu zablokowano "Solidarności" możliwość korzystania z wewnętrznej sieci teleksowej – Piotrowi przyszedł w sukurs właśnie szczęśliwy traf. W siedzibie komisji zakładowej zjawił się kapłan ze Zbroszy Dużej – ksiądz Sadłowski i słysząc z lekka nieprzyzwoite – na pewno nie do zacytowania tutaj słowa Piotra i jego kolegów określające decyzje władz radia i telewizji - najpierw im przebaczył i rozgrzeszył, a potem powiedział, że u siebie na wsi ma w kopcu ziemniaków ukryty jeden wolny i sprawny powielacz. I tak dzięki kapłanowi zyskaliśmy nowe narzędzie walki. Było to przypadkowe, ale jakoś przez Piotra i jego kolegów sprowokowane wsparcie.

Dzięki temu mogliśmy unikać prewencyjnej kontroli naszych pism, odezw i ulotek. Mogliśmy powielać nasze słowa, bo właściwie tylko słowami mogliśmy wtedy walczyć o wymarzone cele. Mnożyliśmy więc oświadczenia i listy otwarte nigdzie nie drukowane, czasami tylko w "Tygodniku Solidarność"- jeśli puściła cenzura, programy, komunikaty. W obliczu małej szansy zmian na korzyść w radiokomitecie, ale przy wzrastającej presji strajkowej – z inicjatywy Piotra toczyły się rozmowy z robotnikami huty "Warszawa", którzy mogliby organizować za nas strajkowe protesty. Były to już pierwsze dni grudnia roku 81., a więc ostatni czas polskiego spokoju. Już po częściowo tylko udanej akcji strajkowej, z planszami na wizji włącznie, w okresie kryzysu bydgoskiego (marzec 81), po nieudanej próbie doprowadzenia do bezstronnych, całkowicie otwartych i pełnych transmisji ze zjazdu "Solidarności", po nieudanej próbie obalenia prezesa radiokomitetu (jego nazwiska w tym świętym miejscu nie warto wymieniać) skupiliśmy się na zorganizowaniu zjazdu-konferencji "Solidarności" RTV poświęconej uspołecznieniu. Analizowaliśmy wzory amerykańskie, angielskie, zachodnioniemieckie, francuskie, holenderskie. Dokładnie tydzień przed wprowadzeniem stanu wojennego dwa dni dyskutowaliśmy nad drogą do osiągnięcia sukcesu nie mając – chyba na szczęście – paraliżującej świadomości o zamiarach polityczno-wojskowej władzy.

Mimo chłodnej zimy czas był gorący, konflikt wisiał w powietrzu, ale mimo to stan wojenny całkowicie zaskoczył wszystkich. Piotrowi szczęśliwym trafem udało się uniknąć internowania, choć – jak opowiadał – widział przez judaszowy lufcik w mieszkaniu sąsiada z naprzeciwka, do którego przypadkowo zaszedł – jak żołdacy po niego przyszli. Wpadł niedługo potem, zwinęli go na ulicy, kiedy wydawało mu się, że świadom zorganizowanego za nim pościgu ostatecznie wymknie się z osaczenia. Mężnie przesiedział w internacie białołęskim i w Darłówku – niemal rok. A potem emigrował.

W Stanach Zjednoczonych zorganizował fundację "Solidarności", by wspierać kraj. Jeździł z wykładami do najpoważniejszych ośrodków opiniotwórczych i przekazywał wiedzę o gwałceniu praw w Polsce. Potem współpracował z Głosem Ameryki. Wreszcie został dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w Monachium. Przekonał władze amerykańskie, że po wyborach roku 89 należy w Warszawie otworzyć placówkę RWE. I tak się stało w roku 1990. Po wypełnieniu monachijskiej misji w roku 1994 – kontynuował wraz z częścią zespołu monachijskiego i warszawskiego – pracę radiową w minirozgłośni przy ulicy Ursynowskiej. Starał się o koncesję ogólnopolską, chciał także założyć niezależną telewizję. RWE w Warszawie przestała istnieć jesienią roku 1997.

Nie wszystkie plany dane mu było zrealizować, niekiedy z przyczyn dla wielu niezrozumiałych. To napędzało stres i zmęczenie. Temperament i twórcza wyobraźnia codziennie niosły go ku zamiarom wielkim – w każdym wymiarze. Dlatego porażki stawały się coraz bardziej bolesne. Ale Piotr miał w sobie ojcowską zasadę wyniesioną z wojennego okresu walk o brytyjskie niebo: Never give up, nigdy się nie poddawaj. (Ojciec był zastępcą dowódcy 313 dywizjonu myśliwskiego.) Piotr nie okazywał po sobie nawet najgorszych nastrojów, które wszak musiały go dopadać, gdy stawał pod murem nie do przebicia i pod zwałem przeszkód nie do przebycia. Był zawsze taki sam – z chłopięcym uśmiechem na twarzy, z niezmienną otwartością wobec kolegów i przyjaciół, zawsze chętny do dysputy i snucia kolejnych planów efektownych przedsięwzięć. Z takim człowiekiem jak Piotr lubiło się być, po prostu. I dlatego jego dziewięciomiesięczne cierpienia, które przy wsparciu rodziny znosił z bolesnym męstwem – nie miały prawa skończyć się tak jak się skończyły. Byliśmy pewni, że Piotr za kilka miesięcy, może za rok, może nieco szczuplejszy, może bardziej posiwiały, może już bez papierosa – ale znów będzie z najbliższymi, a więc także z nami – jego przyjaciółmi - układał kolejne dni swego życia i objawiał zamiary swego serca.

Wobec jego śmierci stanęliśmy oniemiali. Mamy w pamięci jego dobroć, jego pracowitość, jego prawość. Stoimy oniemiali myśląc o nim najserdeczniej. I to jest trwałe, najtrwalsze, co możemy mu dać.

Pisze Psalmista:

Nie karć mnie, Panie, w swym gniewie
I nie karz w swej zapalczywości.
Zmiłuj się nade mną, Panie, bom słaby,
Ulecz mnie, Panie, bo kości moje strwożone
I duszę moją ogarnia wielka trwoga;
Lecz ty, o Panie, jak długo jeszcze...?
Zwróć się, o Panie, ocal moją duszę,
Wybaw mnie przez Twoje miłosierdzie..." (Ps.6)

 

zob. też: Zmarł Piotr Mroczyk   czytaj
 
« poprzedni artykuł
Komentarze

You must javascript enabled to use this form

Musisz się zalogować by móc dodać komentarz.
Komentarze wyrażają jedynie opinie ich autorów a nie redakcji.
© 2017 wolnaeuropa.org
Zawartość strony: Andrzej Borzym redakcja@wolnaeuropa.org
Administracja: Tomasz Komorek administracja@wolnaeuropa.org

Ta strona nie jest w żaden sposób związana z RFE/RL, Inc., które nie ponosi
odpowiedzialności za jej zawartość.