Migawki/zajawki

Archiwa
 

Spory polsko-amerykańskie w RWE

czytaj
 
Home arrow Teksty arrow O kontaktach RWE z krajem

Zygmunt Michałowski

O kontaktach RWE z krajem

Z byłym dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa rozmawiała Alina Grabowska. Rozmowa przeprowadzona została w Monachium jesienią 1996 roku. (Fragmenty)

Dyrekcja Zygmunta Michałowskiego przypadła na niezwykle interesujący okres historyczny. Rozpoczęła się 1 stycznia 1976 r. i trwała do końca marca 1982, co oznacza, że był on dyrektorem Rozgłośni Polskiej RWE w takich przełomowych momentach jak bunt robotników w 1976 r. w Ursusie i w Radomiu, jak powstanie w kraju jawnej opozycji demokratycznej, jak wybór papieża Polaka, powstanie Solidarno­ści i wreszcie wprowadzenie stanu wojennego.

Alina Grabowska.: W okresie kiedy Pan był dyrektorem Rozgłośni Polskiej musiał Pan mieć bliskie kontakty z rozmaitymi ludźmi z Polski, o czym zresztą my, Pana współpracownicy niewiele wiedzieliśmy, bo to wszystko było trzymane w tajemnicy, żeby nie narażać tych osób na represje. Czy mógłby Pan powiedzieć, z kim utrzymywał Pan kontakty?

Zygmunt Michałowski: Może powiem naprzód o co tutaj chodziło. Otóż nie chodziło tylko o jakieś konkretne informacje, chociaż to też mieliśmy, rzecz jasna, na uwadze. Mnie zależało specjalnie na tym, żeby utrzymać jakąś łączność duchową z jak najszerszą warstwą Polaków, poprzez ludzi z kraju do których mieliśmy jakiś dostęp. Z pamięci – nigdy nie robiłem żadnych niestety notatek, nie miałem na to czasu – podam jakby przykładowo listę osób, z którymi się spotykałem. Otóż zaczynam: [Stefan] Kisielewski, [Władysław] Bartoszewski, [Andrzej] Micewski, Jan Józef Lipski, [Edward] Lipiński, [Adam] Michnik, [Jacek] Woźniakowski, [Jerzy] Holzer, Paweł Hertz, no, mógłbym to dalej ciągnąć. Wskazuje ta lista na różnorodność ludzi i ich środowisk. Szło o to, aby poprzez nich mieć żywy kontakt z Polską. I tutaj znowu wszedłem w ślady mojego poprzednika Jana Nowaka, który bardzo te kontakty pielęgnował. To musiało być utrzymane w największej dyskrecji, dlatego, że groziły wtedy ludziom represje. Jakie? Naukowiec, który chce jeździć za granicę, utrzymywać kontakty zachodnie w interesie także i Polski i polskiej nauki, jeżeli go złapią na tym, że się kontaktuje z agentami amerykańskimi, czyli z nami, bo tak nas komuniści traktowali, no to wtedy konsekwencje dla niego samego i jego pracy byłyby bardzo niedobre. Miałem pełny szacunek dla tych ludzi, którzy brali na siebie to ryzyko, tak samo i osobiste, w interesie naszej wspólnej sprawy. I to też było dla mnie wielkim poparciem moralnym. Pytałem się ich, czy mają jakieś krytyki pod adresem radiostacji, naszej linii politycznej. Czy mają jakieś konkretne przykłady błędów, które by trzeba naprawić, sprostować i tak dalej. Czy wyrażają aprobatę dla naszej generalnej postawy? To było celem konkretnym takich rozmów, które zresztą przebiegały bardzo rozmaicie, zależnie od rozmówców. Zacznę może od Kisielewskiego, Kisiela, wielkiego przyjaciela naszej radiostacji. Człowiek nieustraszony, który zresztą korzystał ze specjalnego statusu, bo wiadomo było, że on sobie ze wszystkiego pokpiwa, choć za tymi kpinami była często poważna myśl polityczna, ale bądź co bądź Kisielewski był wyjątkiem. (...)
Drugą osobą, którą trzeba wymienić był Bartoszewski, późniejszy...

A.G.: profesor Bartoszewski...
Z.M.: ...profesor, późniejszy minister w rządzie po-komunistycznym, Bartoszewski miał ten dar, że potrafił bardzo szczegółowo mówić o sprawach i ludziach, analizować sytuacje jak najdokładniej. Mówił przy tym jak karabin maszynowy. Przyznam się szczerze, że dla mnie tego było czasem aż za dużo, to znaczy, że po upływie pewnego czasu już nie mogłem tego wszystkiego absorbować. Ale to było zupełnie nieocenione źródło. Właśnie źródło takie, które mi obrazowało poglądy polskiej elity intelektualnej na sytuację, na to, co się w kraju działo. Z Bartoszewskim też spotykałem się często i też go otrzymałem w spadku po Nowaku. Potem były spotkania z ludźmi KOR-u. No więc widziałem się w Londynie z Janem Józefem Lipskim, widziałem się z profesorem Edwardem Lipińskim w Toronto w Kanadzie. Leciałem wtedy do Waszyngtonu i po drodze, że tak powiem, wylądowałem w Kanadzie, po to właśnie, żeby się spotkać z profesorem Lipińskim. Chodziło mi o to, żeby móc się na niego powołać w Waszyngtonie. Bo to była postać znana w Polsce...

A.G.: Był jednym z twórców KOR-u, inicjatorem...
Z.M.: Ja się chciałem w Waszyngtonie na niego powołać, bo miałem być przyjęty przez wiceministra spraw zagranicznych, to się nazywa po amerykańsku Assistant Secretary of State, jednego z wiceministrów do spraw wschodnioeuropejskich. Problem polegał na tym, że my w Radiu mówiliśmy ostro o sytuacji w Polsce, gdzie bunt robotników w Radomiu i w Ursusie zakończył się bardzo ostrymi represjami. [Edward] Gierek nie kazał strzelać do robotników, jak jego poprzednicy, ale kazał ich bić. Były przecież wtedy tak zwane ścieżki zdrowia, były sądy doraźne, aresztowania, wyrzucanie z pracy i tak dalej. Słowem represje na dużą skalę. I myśmy o tym wszystkim trąbili, że tak powiem, ale ze strony władz amerykańskich nie było żadnego, choćby półoficjalnego wystąpienia. Dzisiaj strona amerykańska wypowiada się o wszystkich możliwych konfliktach w świecie, ale wtedy nie było o tym mowy. Dlaczego? Po pierwsze informacje z Polski o buncie robotników i represjach przeciekały sporadycznie i bardzo wolno. A więc nie było szoku. A po drugie, Gierek był uważany wtedy na Zachodzie za rodzaj „optimum”, bo brał kredyty z Zachodu i korzystał z zachodnich kontaktów. Więc miał pewnego rodzaju opinię „dobrego komunisty”. Chciałem to w jakiś sposób zrównoważyć. Moja myśl była taka, że powołam się na profesora Lipińskiego, który mi powie, że ludzie którzy tam na miejscu w Polsce bronią prześladowanych robotników i narażają się sami na represje, chcieliby mieć jakieś oficjalne poparcie ze strony amerykańskiej. I wysunąłem taką koncepcję, że jeżeli nie rząd, to może jakiś kongresman polskiego pochodzenia by wystąpił z odpowiednim oświadczeniem. No i pytałem o to Lipińskiego, który się zgodził z tym planem i jeszcze dodał: „Jak oni nie chcą krytykować Gierka, to niech krytykują jego policję”. Wykorzystałem to w rozmowie w Departamencie Stanu, ale niestety bez widocznego skutku.
Trochę się rozgadałem o profesorze Lipińskim a chciałem teraz przejść do Michnika...

A.G.: Proszę bardzo.
Z.M.: To znowu zupełnie co innego. Adam Michnik, wtedy młody człowiek, całym swoim wyglądem, zachowaniem, mógł należeć do jakiegoś ruchu protestu na Zachodzie, 68 rok, rozumie Pani. Robił wrażenie sympatyczne, był bardzo inteligentny, miał znakomity zmysł polityczny. Chciałem to wszystko wykorzystać i urządziłem w Paryżu spotkanie między Michnikiem a dyrektorem Radia Wolna Europa, Amerykaninem lecz wychowanym w Anglii – intelektualistą, człowiekiem znającym się na rzeczy...

A.G.: Mówi Pan o Jimie Brownie.
Z.M.: Tak, o Jimie Brownie. Zetknąłem ich razem i okazało się, że to był znakomity pomysł. Michnik odpowiadał natychmiast na jego pytania, ja byłem tłumaczem. O ile sobie przypominam, to było przed wizytą Cartera w Warszawie. Więc Jim Brown zapytał się: „Jak to? Przecież ta wizyta amerykańska w Polsce oznacza pewną milczącą aprobatę dla tego, co tam się stało wcześniej, a więc dla represji.” A Michnik natychmiast odpowiedział: „Wcale nie, proszę Pana, sytuacja się zmienia. Dzisiaj to jest aprobata dla istnienia opozycji w Polsce.”

A.G.: Dla ruchu, który teraz powstał...
A.M.: Dla ruchu, który się formuje, a nie dla tego co było przedtem. Wtedy taka wizyta byłaby szkodliwa, dzisiaj nie. Potem stale Jim Brown do tego powracał, że Michnik to, Michnik tamto. Później widziałem Michnika także w Monachium, ale to paryskie spotkanie było jednym z posunięć, które mi się bardzo udało. Pokazałem dyrektorowi Wolnej Europy żywego przedstawiciela polskiego ruchu demokratycznego, przedstawiciela młodej generacji, wychowanej w komunizmie... (...)

A.G.: Kręgi katolickie?
Z.M.: Jak najbardziej. Stomma i Turowicz odwiedzili nas kiedyś w Monachium. Odbyła się rozmowa z Markiem Łatyńskim, ze mną i postawiliśmy im najważniejsze pytanie, co sądzą o naszej linii radiowej? I na to, doskonale pamiętam, Stomma i Turowicz odpowiedzieli: „Nic nie potrzebujecie zmieniać, róbcie dalej tak jak robicie, wszystko jest w porządku. To jest to, czego potrzeba”. A ta linia nasza, to była linia popierająca właśnie program polityczny stworzony w Polsce przez opozycję demokratyczną, program, który stał się wtedy programem Solidarności. Ja tu nie mówię o szczegółach, tylko o całej koncepcji, że trzeba zwiększyć swobody obywatelskie, prawa ludzkie, prawa robotnicze w Polsce i trzeba ograniczyć nadużycia władzy. W ten sposób się poszerza, w sposób pokojowy, sferę wolności i sferę demokracji w kraju. A to było właśnie naszym zadaniem. Skoro już o tym mówimy to pragnę podkreślić, że osobiście kładłem na to duży nacisk, że trzeba się odgraniczać w pewnym sensie od zbyt jaskrawych, ostrych haseł, które nie miały wtedy żadnych szans realizacji, wprowadzały element konfliktowy...

A.G.: Przypominam sobie, że były skargi na nas, na Wolną Europę, ze strony niektórych organizacji, przedstawiciele KPN-u [Konfederacji Polski Niepodległej] na przykład nawet list napisali do Kongresu Stanów Zjednoczonych ze skargami, że w niedostatecznym stopniu pokazujemy ich działalność i właściwie polegamy tylko na tym co dostarcza nam KSS KOR [Komitet Samoobrony Społecznej KOR].
Z.M.: Każda opozycyjna organizacja w kraju naturalnie dbała o to, ażeby zdobyć jakiś rozgłos. Ale myśmy musieli się kierować kryteriami obiektywnymi, no i tym co otrzymaliśmy jako materiał informacyjny. Otóż KOR wydawał biuletyn. Ten biuletyn był obszerny, rzeczowy, niespóźniony, co było dla nas bardzo ważne. To były informacje przekazywane na bieżąco i z najrozmaitszymi detalami, które można było dawać na antenę, np. o tym co KOR robi w obronie robotników i jakie reżym stosuje represje. Były tam na przykład informacje ile pieniędzy zostało zebranych, na jakie rozprawy sądowe udawali się przedstawiciele KOR-u, kto został skazany, za co i tak dalej. KPN nam takiego materiału nie dostarczył. KPN posługiwał się hasłami, a hasła, można raz wydrukować, można je raz nadać przez radio i tyle. Ja nikomu nie odmawiałem prawa domagania się Polski niepodległej. Tylko, że to z punktu widzenia politycznego wtedy nie miało żadnego znaczenia, przeciwnie, mogło utrudnić sytuację. Zresztą, przyszłość wykazała, że nasz kierunek był słuszny. To via KOR powstał szerszy ruch i Solidarność.

Źródło: Z byłym dyrektorem Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa rozmawiała Alina Grabowska, Archiwum Emigracji, T.1/1998, s.125-144.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Komentarze

You must javascript enabled to use this form

Musisz się zalogować by móc dodać komentarz.
Komentarze wyrażają jedynie opinie ich autorów a nie redakcji.
© 2019 wolnaeuropa.org
Zawartość strony: Andrzej Borzym redakcja@wolnaeuropa.org
Administracja: Tomasz Komorek administracja@wolnaeuropa.org

Ta strona nie jest w żaden sposób związana z RFE/RL, Inc., które nie ponosi
odpowiedzialności za jej zawartość.