|
There are no translations available Piszę ten felieton dla pana Jana Kowalskiego, który pracuje jako operator wózka widłowego w hurtowni w Gravesend, zwanym Gravistanem, od wielkiej ilości przybyszów z subkontynentu. Piszę go również dla pani Mirki Kowalskej, ekspedientki w miejscowym centrum handlowym.
Są państwo w Anglii już parę lat. Najpierw mieszkali państwo w jednym pokoju w domu wynajmowanym przez kilkoro Polakow. Ale to nie jest dobre rozwiązanie dla małżeństwa, zwłaszcza jeśli chce się sprowadzić dzieci z Polski. Dlatego za 600 funtów miesięcznie wynajęli państwo dom. Są w nim dwie sypialnie i pokój dzienny. Zarabiają państwo łącznie netto 1500-1600 funtów. Płacą państwo podatek lokalny (council tax) w wysokości 147 funtów miesięcznie; poza tym gaz, elektryczność, abonament TV, telefon – razem ok. 140 funtów miesięcznie. Zostaje niewiele, ale za jakiś czas, po zebraniu depozytu, uda się państwu uzyskać kredyt na własny dom w Gravistanie. Idę o zakład, że nie będzie to jeden z tych dużych bliźniaków albo wolnostojących domów na obrzeżach miasta, chyba że wygrają państwo w lotto. Będzie to wąski 3-pokojowy szeregowiec z 30-metrowym ogródkiem niedaleko centrum. Lepsze to od blokowiska w Tomaszowie Mazowieckim. Być może dzieciom powiedzie się lepiej, ale nawet one pewnie nie kupią domu z ogrodem większym niż 200-300 m kw. Parę lat temu byłem gimnazjalno-licealnym nauczycielem historii w hrabstwie Kent. Czasem, na początku lekcji w młodszych klasach, żeby zawładnąć uwagą uczniów, zadawałem im pytanie: what is the best country in the world? Jaki jest najlepszy kraj na świecie? Mniej więcej 70% odpowiedzi brzmiało: Anglia lub W. Brytania. Reszta rozkładała się pomiędzy Stany Zjednoczone, Kanadę, czasem Australię i Hiszpanię. Największe lizusy wymieniały Polskę. Drążąc temat, pytałem uczniów dlaczego ich zdaniem Anglia (W. Brytania) jest najlepszym krajem na świecie. Na to zdecydowana większość odpowiadała, że Anglia ma najlepszy futbol. Kiedyś któryś z uczniów powiedział: it just is, po prostu jest. Spora grupa wymieniała najlepsze samochody: rolls royce, bentley, aston martin, jaguar. Byli zaskoczeni, kiedy wskazywałem, że żadna z wymienionych marek nie należy już do brytyjskich właścicieli. Ani razu nie zdarzyło się, żeby uczeń wymienił wysoki poziom życia, dobre perspektywy na przyszłość, wygodne duże domy, niskie ceny nieruchomości itd. Takich odpowiedzi nie można wymagać od dwunastolatków, dla których futbol jest początkiem i końcem wszechświata. Ale nawet oni wiedzieli, że ceny nieruchomości w W. Brytanii są wygórowane. Wielu z nich mieszkało w ciasnych szeregowcach w Strood. Ciągnące się kilometrami rzędy wąskich domów są typowym elementem pejzażu brytyjskich miast i mają swój urok. Oczywiście w każdym mieście są dzielnice z wolnostojącymi dużymi domami, ale te są przeważnie poza zasięgiem przeciętnego obywatela. W Londynie nawet szeregowce mają tak wysokie ceny, że policjanci, nauczyciele, pielęgniarki i inni pracownicy budżetówki kupują domy daleko poza stolicą i codziennie dojeżdżają pociągiem do pracy. Dlaczego ceny nieruchomości w W. Brytanii są tak wyśrubowane? Słyszałem różne wyjaśnienia, np. że rząd buduje za mało mieszkań socjalnych albo że winę ponoszą imigranci, którzy na wielką skalę wykupują domy. O wiele bardziej przekonuje mnie wyjaśnienie zawarte w książce z 2001 r. zatytułowanej „Who owns Britain” (Kto jest właścicielem W. Brytanii), której autorem jest Kevin Cahill. Jest to może jedna z najważniejszych książek obecnej dekady, poświęconych polityce wewnątrzbrytyjskiej. Materiały do niej zbierał Cahill 13 lat. Napisał ją przeciwnie do obowiązujących reguł politycznej poprawności, które mówią, że nie wypada wytykać bogactwa klasom posiadającym; że zawiść klasowa nie jest dziś w dobrym tonie. Cahill nie ma zamiaru się krygować. Wali prosto z mostu: wyśrubowane ceny nieruchomości to wynik niespotykanej gdzie indziej w demokratycznym świecie Zachodu koncentracji ziemi w rękach zaledwie 6 tysięcy właścicieli. Stanowiąca niespełna 1% społeczeństwa garstka to arystokraci i członkowie rodziny królewskiej. W rękach 20 największych obszarników znajduje się ziemia, na której zmieściłyby się hrabstwa Kent, Essex, Bedfordshire i jeszcze kawałek innego. Rodzina królewska posiada 270 tys. ha. Dochodzą do tego wielkie instytucje – Komisja Leśnictwa (Forestry Comission), Ministerstwo Obrony, Powiernictwo Krajowe (The National Trust) itd. Należy do nich 2/3 obszaru Zjednoczonego Królestwa, czyli ok. 16 mln ha. Reszta społeczeństwa, czyli 60 mln ludzi, mieszka w 24 mln domostw zajmujących ok. 1 mln ha. Kręcąc dalej statystycznym kijem w brytyjskim mrowisku Cahill pisze, że ziemia wielkich właścicieli nie jest opodatkowana. Wręcz przeciwnie. To rząd z kieszeni podatnika oddaje im co roku 2,3 miliarda funtów w formie różnych grantów, a Unia Europejska dorzuca dodatkowo 2 miliardy. Jak twierdzi Cahill, to właśnie chora struktura własności ziemskiej powoduje, że brytyjska gospodarka przegrywa w międzynarodowym wyścigu. Cahill przypomina ponadto, że kolejne rządy nie potrafiły ustalić właścicieli ok. 50% ziemi w W. Brytanii. To prawdopodobnie pod wpływem jego książki rząd Partii Pracy, stosując kombinację przymusu i perswazji, podjął 3 lata temu pierwszą od 1872 r. i trzecią w historii kraju próbę rejestracji gruntów. Pierwszą, zakończoną sukcesem rejestrację przeprowadził w XI w. William Zdobywca, z niemiecka zwany u nas Wilhelmem. Jej wynikiem był dokument zw. Domesday Book. Wyniki spisu z 1872 r. zostały skrzętnie ukryte przed społeczeństwem, żeby nie wzbudzać antyarystokratycznych i antymonarchistycznych nastrojów. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie mam zamiaru nawoływać do natychmiastowej redystrybucji gruntów bez odszkodowania, choć, za Cahillem, takie głosy się pojawiają. Zapyta mnie pan, panie Kowalski, w jakim więc celu epatuję tą statystyką? Ano po to, żeby wyjaśnić dlaczego nieruchomość, którą kupi pan za 130-140 tysięcy funtów stoi na działce o powierzchni zaledwie ok. 300 m kw. Ta działka stanowi od 50 do 75% wartości pańskiego szeregowca. Za akr ziemi budowlanej, czyli trochę ponad 4000 m kw., musiałby pan zapłacić, w zależności od lokalizacji, od 200 do 700 tysięcy funtów (ceny z roku 1999). To właśnie koncentracja ziemi w rękach mniej niż 1% społeczeństwa powoduje, że prywatna nieruchomość przeciętnego zjadacza chleba z TESCO ma takie gabaryty. Co pan zrobi z tą wiedzą, to już naprawdę nie moja sprawa. PS Zbieżność nazwisk użytych w felietonie z rzeczywistością jest przypadkowa. |