Migawki/zajawki

Archiwa
 

Spory polsko-amerykańskie w RWE

czytaj
 
Home arrow Teksty arrow Jan Nowak-Jeziorański i polska emigracja polityczna
Jan Nowak-Jeziorański i polska emigracja polityczna
17.07.2005.

Jeremi Sadowski

W końcu stycznia zmarł Jan Nowak-Jeziorański, wieloletni dyrektor Radia Wolna Europa, autor kilku głośnych książek­ wspomnieniowych oraz dziesiątków artykułów i prelekcji poświęconych polityce polskiej. W licznych wspomnieniach i komentarzach zamieszczonych właściwie w całej polskiej prasie, chwalono nie tylko jego bezprzykładne zaangażowanie na rzecz „polskiej sprawy”, ale także jego roztropność i rozsądek. Pod takimi pochwałami trudno się nie podpisać, choć typowy w polskiej publicystyce brak miary i umiłowanie rocznicowego patosu sprawiły, że zmarłego kreować zaczęto na męża stanu, odbiegającego głębią ocen i przenikliwością od większości współczesnych. Tego rodzaju apoteozy w nieśmiertelnym, choć gombrowiczowskim stylu „Wielki Polak i Mąż Stanu”, „Wielki Gigant Myśli i Czynu”, wydają się po pierwsze niepotrzebne wobec rzeczywistych zasług zmarłego, fałszują w dodatku nasze spojrzenie na emigrację, a więc na jakąś część najnowszej historii Polski.

Była to emigracja, z której dorobkiem warto się identyfikować, choć niekoniecznie w formie kolejnego kultu czy kapliczki. Warto też uświadomić sobie, że była to - mimo inaczej brzmiących opinii Juliusza Mieroszewskiego - emigracja prowadząca ciekawe spory polityczne, której nie da się podzielić dychotomicznie na „niezłomny” Londyn oraz „myślącą” paryską "Kulturę". Trudno by tu było wszystkie te spory odtworzyć, warto jednak przynajmniej krótko zarysować stanowisko NiD-u i paryskiej „Kultury”, ponieważ oba te ośrodki myśli będą dla „Kuriera z Warszawy” ważnymi punktami odniesienia.

Po upadku powstania warszawskiego i przejeździe do Londynu, Jan Nowak-Jeziorański podejmuje pracę w BBC oraz współpracę z ugrupowaniem Niepodległość i Demokracja (NiD). Nie będzie ona trwała długo, ale pozostawi chyba jakiś ślad na jego poglądach, skoro na swojego następcę w monachijskim radiu zaproponuje ćwierć wieku później innego nidowca Zygmunta Michałowskiego. Na antenie rozgłośni ogłaszane będą również liczne oświadczenia NiD-u, który należał wówczas do najaktywniejszych ugrupowań emigracyjnych.   

NiD

Założony przez Rowmunda Piłsudskiego NiD powstaje w lutym 1945 r., a więc tuż po ogłoszeniu postanowień z Jałty. Wkrótce skupia gros naukowców, polityków i dziennikarzy, którzy liczyli się na emigracji. Jan Radomyski jeden z współtwórców NiD-u, podaje w swoim bilansującym działalność tego ugrupowania opracowaniu listę ważniejszych nidowców, na której znaleźli się między innymi: Zbigniew Jordan, Tymon Terlecki, Jerzy Zubrzycki, Jerzy Lerski, Piotr Wandycz, Wiktor Weintraub, Marian Kamil Dziewanowski, Jerzy Jankowski, Adam Rudzki, Ludwig Teclaff, Aleksander Bregman, Jan Krok Paszkowski, Tadeusz Nowakowski, Andrzej Pomian, Tadeusz Żenczykowski, Andrzej Bobkowski, Jan Nowak-Jeziorański, Zygmunt Michałowski, Stanisław Grocholski, Bolesław Wierzbiański. Była to bez wątpienia emigracyjna „śmietanka”, o czym świadczy między inymi fakt, iż na wspomianej liście znalazło się aż dwunastu profesorów amerykańskich uczelni wyższych.

Magnesem, który przyciągał do ugrupowania tak wielu naukowców, publicystów i działaczy był… umiarkowany i stawiający na stopniową ewolucję program, co kłóci się w jaskrawy sposób z wizerunkiem polskiej emigracji jako pogrążonej w przeszłości, rozdrapującej własne i cudze rany i stawiającej zgodnie na trzecią wojnę światową. Nadzieje na wybuch kolejnej wojny, która byłyby tym razem wojną z komunizmem naturalnie istniały i były przez jakiś czas dosyć silne. Nie dlatego jednak, jak pisze trafnie jeden z emigracyjnych historyków, „że Polacy chcieli nowej wojny, gdyż mieli przecież wszystkie powody do zmęczenia walką. Ale dlatego, że nie widzieli po prostu innej możliwości odzyskania niepodległości”. Stawka na przyszłą wojnę nie była przy tym powszechna, ponieważ silny był jeszcze pojałtański uraz oraz obawa, że i tym razem polski wysiłek zbrojny może być użyty do celów niezgodnych z polskimi aspiracjami. Z jednej zatem strony liczono na zbrojną konfrontację, a z drugiej strony ostrzegano, że może być to kolejna „nie nasza” wojna, z którą nie warto wiązać nadziei. Nie przez przypadek zatem daleka od politycznego kunktatorstwa paryska „Kultura” zamieści w końcu lat 40. szkic Melchiora Wańkowicza, który postulował utworzenie Klubu Trzeciego Miejsca. Byłby to klub tych wszystkich, którzy w przeciwieństwie do stawiających na trzecią wojnę światową „dojutrków”, postanawiają odczekać, aby do obecnego konfliktu Wschód-Zachód włączyć się dopiero na jakimś dalszym etapie.

Tego rodzaju neutralizm, stawiający bardziej na przeczekanie niż na konkretną akcję, z którego zresztą paryska „Kultura” dość szybko się wycofa, nie był stanowiskiem NiD-u, ale i to ugrupowanie stawiać będzie raczej na ewolucję niż rewolucję, oczekując jej przede wszystkim w zakresie stosunków międzynarodowych. Jałta była traumatycznym wydarzeniem dla wszystkich polskich partii i ugrupowań. Okazało się jednak, że i to wydarzenie można było interpretować na różne sposoby, dochodząc do wniosków niekoniecznie pesymistycznych. Intepretacja NiD-u była, mówiąc w wielkim skrócie, następująca: utraciliśmy co prawda niepodległość, ale także inne kraje mają teraz ograniczoną suwerenność i nie są już tak niezależne jak niegdyś. W dodatku, obecna, niekorzystna dla nas konfiguracja może się za jakiś czas zmienić, a to pozwoli nam na ponowne „wejście do gry”, czyli zbliżenie do obozu aliantów. Trzeba zatem podjąć się swoistej pracy od podstaw, to jest takiego wpływania na opinię państw zachodnich, aby móc, gdy sytuacja będzie dogodna, wejść za jakiś czas w ich struktury.

NiD postulował w tej sytuacji porzucenie nadziei na szybką zmianę. Przewidywał jednak, że będzie można docierać do zachodnich ośrodków decyzyjnych i wpływać na ich decyzje od wewnątrz, między innymi przez umiejętny lobbing czy przygotowywanie odpowiednich opracowań i memoriałów. Inną formą nacisku, tym razem zewnętrznego, miał być udział Polaków w demokratycznych wyborach przeprowadzanych w zachodnich krajach europejskich. Polskie głosy, jak argumentował NiD, liczą się nie tylko w Ameryce, ale także w Europie, gdzie przebywa rzesza polskich emigrantów. Jeśli uda się odpowiednio pokierować ich głosami, to w trakcie kolejnych wyborów będzie można przeforsować kolejne polskie postulaty. W związku z tym NiD nie tylko nie oponował przeciwko przyjmowaniu brytyjskiego czy innego obywatelstwa, ale zachęcał do ubiegania się o nie, tworząc z tego postulatu jeden z ważniejszych elementów własnej strategii. Działający politycznie Polak powinien znać, jak podkreślano w licznych odezwach, nie tylko własną historię, ale także historię i zasady ustrojowe państw zamieszkania, gdyż tylko wtedy będzie w stanie włączyć się do dyskusji jakie są w tych państwach prowadzone.  

Była to jak widać strategia, która odbiegała wyraźnie od stanowiska wielu londyńskich „niezłomnych”, by posłużyć się tu terminologią Juliusza Mieroszewskiego. Stawiała na Zachód i na stopniowe zmiany w powojennym układzie sił, zakładając że polskie postulaty i aspiracje będzie można po jakiś czasie wpisać w politykę aliantów. NiD przyjmował jednocześnie, że także w Polsce nastąpią duże przekształcenia ustrojowe i że przyszła Polska będzie zupełnie inna niż ta, jaką była w okresie międzywojennym. Koncentrował się jednak głównie na analizach sytuacji międzynarodowej, a zwłaszcza na procesie integracji europejskiej, który, jak zakładano, będzie musiał objąć po jakimś czasie Europę Środkowo -Wschodnią. Przygotowując się do tego wydarzenia NiD starał się rozwijać sugestie wysunięte przez generała Sikorskiego w czasie wojny. Podkreślał mianowicie, że przyszła zjednoczona Europa będzie federacją federacji regionalnych, a nie tworem powstałym centralnie i że na czele federacji środkowoeuropejskiej stanie wspierana przez Czechosłowację Polska. Tylko taka federacja, jak argumentowano, będzie w stanie zrównoważyć niemieckie wpływy, broniąc tym samym Europę przed przyszłą niemiecką dominacją. Ta stawka na federalizm regionalny zostanie przez NiD w miarę postępów integracji zachodnioeuropejskiej zarzucona. Mimo to NiD będzie nadal śledził proces jednoczenia się Europy, biorąc aktywny udział w ruchu europejskim, wspierając założony przez siebie Związek Polskich Federalistów, który działał także w USA, czy propagujące integracją europejską czasopisma.

Trudno więc mówić, gdy spojrzeć na działalność tego ugrupowania, że polski Londyn zajmował się wyłącznie sobą i że stracił bardzo szybko kontakt z rzeczywistością. NiD starał się także wspierać działania tych instytucji, które pozwalały na przedstawianie polskiego punktu widzenia na Zachodzie, takich np. jak Anglo-Polish Society czy Anglo-Polish Katholic Association. Był także współtwórcą British League for European Freedom, International Federation of Free Journalist, kwartalnika ”East-Central European Federalist” czy dwutygodnika “Uncensored Poland News Bulletin”, który był przez wiele lat jednym z ważnych źródeł informacji z Polski dla poważnej prasy na Zachodzie. I wreszcie, by przypomnieć tu jeszcze jedną inicjatywę, to właśnie NiD wystąpi na początku lat 50. do władz amerykańskich, a mówiąc dokładniej do Johna Dullesa, z memoriałem domagającym się utworzenia polskiej rozgłośni, która prostowałaby komunistyczne kłamstwa i informowała o życiu na Zachodzie. Spiritus movens tej inicjatywy był pracujący jeszcze wówczas w BBC, Jan Nowak-Jeziorański. 

"Kultura"

Innym ośrodkiem, który interpretował Jałtę w swoisty sposób i który nie odwracał się od Zachodu była paryska „Kultura”. I choć nie była to intepretacja optymistyczna, to i ona odbiegała od „średniej emigracyjnej” utrwalonej w stereotypie londyńscy „niezłomni”. Zdaniem czołowego publicysty miesięcznika, Juliusza Mieroszewskiego, Jałta była konsekwencją wcześniejszych błędów i zaniechań, które kulminowały w porozumieniu monachijskim oddającym Czechosłowację Hitlerowi. Monachium stanowiło zdaniem Mieroszewskiego niezwykle ważną cezurę nie tylko dlatego, że było to porozumienie wyjątkowo haniebne, ale także dlatego że pokazało, iż Europa nie jest już w stanie regulować własnych konfliktów. Po Monachium interwencja z zewnątrz była więc, jego zdaniem, nieunikniona. Dzieląca Europę na dwa dwie części Jałta, nie była więc, w opinii głównego komentatora miesięcznika, konsekwencją Teheranu, a raczej skutkiem dużo wcześniejszego Monachium. Hasło końca klasycznej Europy, które w powołaniu się na Monachium niejako wylansuje Mieroszewski, nie będzie przy tym tylko publicystyczną metaforą, a kamieniem węgielnym własnej konstrukcji myślowej jaką paryska „Kultura” zacznie w tym czasie wznosić. Wynikały z niego bowiem liczne konsekwencje praktyczne, które z jednej strony prowadziły do konfliktu z obozem londyńskim, a z drugiej do konfrontacji z NiD-em.

Bliższe przedstawienie stanowiska paryskiej „Kultury” oraz jej specyficznej filozofii politycznej wykroczyłoby daleko poza ramy tych uwag, choć samo w sobie byłoby z pewnością ciekawe. Warto więc przynajmniej hasłowo odnotować, że o ile NiD zakładał, że polskie aspiracje dadzą się po jakimś czasie wpisać w strategię Zachodu, to paryska „Kultura” uważała takie stanowisko za naiwne i szukała własnego rozwiązania. Była przy tym przekonana, że po Monachium, Teheranie i Jałcie i nastąpił koniec określonej epoki historycznej. Od tego momentu wpływ dużych mocarstw europejskich na politykę światową stał się, w jej przekonaniu, znikomy i dla przyszłej analizy nowego układu sił na świecie mało ważny. W Europie liczy się od tej pory albo Ameryka albo Rosja.

Oznaczało to, że także polskie aspiracje wolnościowe wpisane są w zupełnie nowy układ zależności i muszą być w związku z tym wyrażane na nowy sposób, nie mający wiele wspólnego z tradycją. Fakt częstego powoływania się przez emigrację londyńską na myśl Dmowskiego czy Piłsudskiego, był zdaniem miesięcznika jeszcze jednym dowodem na to, że Polską „rządzą dwie trumny”, że zatem emigracja londyńska nie zrozumiała jeszcze znaczenia przemian jakie nastąpiły po 1945 r. Powoływanie się po tym roku na dawne wolnościwe hasła, tak jakby w zewnętrznym układzie sił nic się nie zmieniło, jest wyrazem takiej samej naiwności politycznej, jak zakładanie, że strategia państw zachodnich pozwoli po jakimś czasie na realizację polskich postulatów.

Paryska „Kultura”, mówiąc innymi słowy, odcinać się będzie od początku tak od haseł NiD-u, jak od haseł tradycyjnych emigracyjnych ugrupowań politycznych, stawiając w myśl własnej ewolucjonistycznej filozofii na koncepcję pasa neutralnego w Europie oraz na rewizjonizm w dialogu z powstającą powoli w kraju opozycją. Domaganie się bezpośredniej realizacji haseł wolnościowych, było zdaniem miesięcznika, skazane na niepowodzenie i dowodziło niezdolności myślenia w kategoriach politycznych. W myśl tej diagnozy, odwołującej się do hasła „końca klasycznej Europy”,  tradycyjna polska retoryka wolnościowa stawała się dowodem zbiorowej głupoty. W nowym układzie sił można było liczyć tylko na niewielkie zmiany, zaś te osiągnąć się dawało tylko pod warunkiem rezygnacji z wolnościowych haseł. Nie znaczyło to oczywiście, że do haseł tych nie można będzie wrócić. Były one jednak, zdaniem miesięcznika, na obecnym etapie szkodliwe.   
           
Można by tu przytoczyć inne jeszcze próby określenia się wobec Jałty i wobec nowej sytuacji politycznej, jaka powstała  po 1945 r. Dokonywały ich także inne partie i ugrupowania emigracyjne. Ważne jest, żeby zdać sobie sprawę, że dla rozpoczynającej swoją działalność Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, która nazywała się wówczas Głosem Wolnej Polski, wszystkie te programy były mało przydatne. Były to bowiem, po pierwsze, programy bardzo różniące się od siebie i zawierające w związku z tym elementy wzajemnie się wykluczające. Były to ponadto programy skierowane do zupełnie innego odbiorcy. Pozytywistyczne stanowisko NiD-u, sprowadzające się do hasła: poczekajmy na lepszą koniunkturę międzynarodową i przygotujmy siebie i państwa zachodnie do jej przyjścia, brzmiało co prawda rozsądnie, ale nie nadawało się do określenia zadań stacji, która nadawała na kraj zalewany komunistyczną propagandą, odcięty od świata, poddawany w dodatku terrorowi. Tego rodzaju podejście miałoby zapewne jakąś rację bytu w BBC, ale nie w rozgłośni, która miała nie tylko informować, ale budzić także nadzieję. No i zgodnie z polską tradycją, poruszać serca.

Podobne zastrzeżenia można by sformuować również pod adresem programu paryskiej „Kultury”, która zdawała sobie w pełni sprawę z dramatyzmu polskiej sytuacji i która na dodatek nie wierzyła w możliwość zbudowania polskiej strategii w oparciu o politykę państw zachodnich. Hasło końca klasycznej Europy, eksponowane przez miesięcznik i przywoływane w wielu artykułach Mieroszewskiego, nie nadawało się jednak zupełnie dla polskiego słuchacza, ponieważ potwierdzało jakby, skądinąd niechcący, tezy komunistycznej propagandy. Głosiła ona przecież, że Zachód jest słaby i w jakimś sensie przestał istnieć jako jedność. Świat podzielony został na dwa przeciwstawne sobie bloki, między którymi dokonać trzeba wyboru. Powiedzieć w związku z tym było można, że Polska już wybrała. I że na inny sposób wybrała emigracja. Poważne wątpliwości, musiała budzić także inna teza miesięcznika, iż żyjemy w świecie, w którym tradycyjne, narodowe wartości przestały się w polityce liczyć, ponieważ weszliśmy w fazę uwarunkowań znacznie szerszych. Dla masowego odbiorcy, który właśnie w narodowej tradycji widział główną ochronę przed komunizmem, była to teza trudna do przyjęcia. 

RWE      

Rozgłośnia Polska RWE nie mogła więc mechanicznie przejąć tego czy innego programu, głoszonego przez znajdujące się na emigracji ugrupowania. Sformułowania takiego programu nie spodziewała się także administracja amerykańska, która oczekiwała przede wszystkim, że stacja prostować będzie komunistyczne kłamstwa oraz podtrzymywać ducha oporu. Chodziło więc raczej o to, aby nie przegrać walki o umysły, niż o to aby doprowadzić do takich czy innych roztrzygnięć. W przemówieniu inaugurującym w 1952 r. otwarcie Rozgłośni Polskiej w Monachium, prezes Komitetu Wolnej Europy, admirał Harold Miller, położył w związku z tym nacisk nie na tę czy inną strategię wyzwalania, ale na niepodległościowe hasła. „Nowy głos w eterze” powiedział Miller, który na początku swojego wystąpienia przypomniał wagę jaką ma dla Polski data 3 maja – a ten właśnie dzień wybrano na inaugurację rozgłośni – „stanie się sygnałem, że Polska nie została zapomniana. Lincoln głosił, że naród nie może żyć w połowie wolny, a w połowie w niewoli. To samo odnosi się do całego świata. (….) Obecna sytuacja w Polsce podobna jest do okupacji hitlerowskiej z jedną zasadniczą różnicą. Nie toczy się dziś otwarta wojna. W tej sytuacji główne zadanie Polaków i innych narodów ujarzmionych musi polegać na podtrzymywaniu upartej, zdecydowanej postawy oporu wobec doktryny komunistycznej. Polska musi zachować swoją narodową kulturę, swoje siły żywotne… Droga przed nami jest długa i trudna. Nie możemy wam obiecywać, że uda się nam osiągnąć nasz cel jutro czy pojutrze.”                

Tego rodzaju podejście: stawiamy na określoną postawę, a nie na konkretny program, i na długi marsz, a nie na krótki zryw niepodległościowy, znajdzie także wyraz w inauguracyjnym przemówieniu Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który w podobny sposób przedstawi zadania Rozgłośni Polskiej. „Myślimy i czujemy podobnie jak wy. Wszystko co was boli i gnębi jest naszym bólem. Wyrzekliśmy się czegokolwiek, co mogłoby pchnąć kraj do czynnego oporu, organizowania się w podziemiu i wystąpień zbrojnych. Chwila obecna wymaga od narodu największego spokoju i opanowania, a wszelkie odruchy mogą przynieść korzyść tylko wrogowi. Walka toczy się nie tylko w lasach, na ulicach czy w podziemiu, ale w polskich duszach, w czterech ścianach polskich domów. W takiej walce chcemy wziąć udział na falach Radia Wolna Europa” (…) Nadejdzie jeszcze ten dzień, kiedy jutrzenka swobody zabłyśnie znowu nad Warszawą. Będzie to dzień Waszego zwycięstwa, Waszego tryumfu, tryumfu narodu, który w najgorszych chwilach nie utracił wiary.”             
       
Wizja działania w ten sposób nakreślona, stanowić mogła, właśnie przez swoją nieokreśloność i brak wyraźnych konturów, wspólny mianownik dla różnych partii i ugrupowań emigracyjnych, które ze swojej strony proponowały rozwiązania bardziej rozwinięte. Pozwalała także nawiązać bliższy kontakt z Krajem i zapewnić go o poparciu ze strony Zachodu. Powstawał jednak od razu problem wiarygodności strategii, która oparta była na ogólnie wyrażonej nadziei, a nie na wyraźnie zarysowanych planach. Innym pytaniem, które się tu  nasuwało było pytanie o niezależność polskiej Rozgłośni. Zarys filozofii działania, który proponował polski dyrektor stacji i amerykański prezes brzmiały nieomal identycznie. Czy można więc było mówić o niezależności stacji, a jeśli tak, to jakie były jej granice? Odpowiedź na te pytania przyniesie już niedługo afera Józefa Światły. Warto się nad nią przez chwilę zatrzymać, ponieważ to wtedy uformuje się „mit założycielski” Rozgłośni Polskiej RWE.       
   
W książce Wojna w eterze napisanej przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego na początku lat 80. i przedstawiającej historię powstania Radia, sprawie afery Światły poświęcone jest bardzo dużo miejsca, co zresztą specjalnie nie dziwi. Był to pierwszy widoczny sukces stacji, sukces w dodatku spektakularny. Na antenie Rozgłośni przemawiał wysoki komunistyczny funkcjonariusz, który ujawniał w dodatku przestępstwa i zbrodnie innych funkcjonariuszy partyjnych. Uderza jednak jak wiele miejsca poświęcił autor sporom o sposób w jaki rewelacje Światły miały być przekazane do kraju. Wydawało się zupełnie oczywiste, że materiał jaki stanowiły obszerne zeznania Światły musiał być wykorzystany. Pozostała tylko kwestia jak, z pozoru drugo- czy trzeciorzędna. Tymczasem opisujący to wydarzenie dyrektor polskiej rozgłośni z tej właśnie kwestii czyni sprawę pierwszoplanową i poświęca jej bardzo dużo miejsca, tak jakby chodziło o sprawę podstawową, która zadecydować miała o dalszych losach radia.

Przedstawiający kulisy wielu znanych, ale nie zbadanych bliżej spraw, Światło był naturalnie interesującym świadkiem historii, demaskującym, a właściwie druzgocącym, swoimi  zeznaniami wiele tez propagandowych. Mógł jednak mylić się w wielu szczegółach, bądź nawet wprowadzać słuchacza w błąd, nie mając odpowiedniej dokumentacji, której, jak się okazało, nie zabrał ze sobą uciekając na Zachód. Możliwość weryfikacji całości jego zeznań w praktyce nie istniała, choć można było przynajmniej niektóre tezy sprawdzić. Tak czy inaczej, ostrożność przy ogłoszeniu i nagłośnieniu jego oskarżeń wydawała się więcej niż wskazana, tym bardziej że mógł przecież działać na zlecenie drugiej strony. Jan Nowak-Jeziorański, jak wynika z jego wspomnień, stawiać będzie, jakby niepomny tych wszystkich wątpliwości, na formę dużego spektaklu. Światło mówić miał do mikrofonu osobiście, a jego audycje nadawane miały być możliwie długo (łącznie ponad 140 odcinków!), tak aby przekazana w ten sposób „końska” dawka informacji wstrzasnęła opinią publiczną. Chodziło przy tym o co najmniej podwójny efekt: o możliwie daleko idące skompromitownie reżimu oraz o zbudowanie autorytetu Rozgłośni i uwiarygodnienie jej niepodległościowej legendy. Jeśli bowiem na atenie Rozgłośni wystąpił jako oskarżyciel systemu jego wysoki funkcjonariusz i ujawnił jednocześnie kulisy niektórych zbrodni, to Wolna Europa musiała być od tej pory traktowana jako realny przeciwnik reżimu, z którego posunięciami trzeba się było liczyć i który w ten sposób uwiarygodniony mógł mieć dodatkowy wpływ na opinię publiczną w Polsce.     

Sprawa Światły była istotnie sprawą pod wieloma względami niezwykłą, ponieważ nie tylko pozwoliła zdobyć Rozgłośni wiarygodność, ale wpłynęła też w dużym stopniu na zmiany w peerelowskim aparacie bezpieczeństwa, szczególnie znienawidzonym przez społeczeństwo. W ten sposób Radio miało możliwość bezpośredniego wpłynięcia na zmiany w kraju. Wydaje się przy tym charakterystyczne, że pisząc o sprawie Światły w Wojnie w eterze, Jan Nowak-Jeziorański nie podkreśla, że tzw. normalna praca radia miała jednak inny charakter i że polegać musiała przede wszystkim na dostarczaniu odpowiednich informacji. Możliwość bezpośredniego oddziaływania na kraj co prawda istniała, ale pojawiała się raczej od święta, w dodatku w wyniku zbiegu okoliczności, na które samo Radio nie miało większego wpływu.

Jeśli więc w oparciu o historię Światły powstała legenda RWE jako samodzielnej placówki niepodległościowej, mogącej mniej czy bardziej bezpośrednio wpływać na przemiany w Polsce, to powiedzieć trzeba, że dyrektor rozgłośni był jej współautorem i współreżyserem, świadomym od początku znaczenia jakie będzie miało dla Radia rozpowszechnienie się tej legendy. W Wojnie w eterze kropkę nad i w tej sprawie stawia Seweryn Bialer, który tak podsumowuje efekt zeznań Światły:

„Obserwowałem w Polsce niezwykły efekt rewelacji Józefa Światło. Ich bezpośrednim następstwem były polowania na kozły ofiarne w aparacie bezpieczeństwa, usunięcie Radkiewicza, aresztowanie Fajgina, Różańskiego i Romkowskiego, próby zrzucenia przez Bieruta i Bermana odpowiedzialności na innych, wypuszczanie więzniów politycznych, wśród wielu innych także Władysława Gomułki. Przyczyniły się one poważnie do zniesienia Ministerstwa Bezpieczeństwa i dwukrotnej reorganizacji aparatu bezpieki, i wytworzyły chaos i zamieszanie w tym resorcie. Rewelacje Światły przyspieszyły radykalnie dojrzewanie procesów, które doprowadziły do przemian październikowych.”                     

W tej interpretacji Rozgłośnia Polska jest nie tylko źródłem istotnych i niekiedy wręcz  bezcennych informacji dla sił opozycyjnych w kraju, ale także w jakiś stopniu współtwórcą polskiego Października. W ten sposób nawiązana zostaje z Krajem nie tylko silna więź emocjonalna, ale rodzi się także przekonanie, przekazywane później kolejnym pokoleniom słuchaczy, że jest to „nasza” Rozgłośnia. Bariera Kraj–emigracja oraz bariera Kraj–Zachód zostaje w ten sposób pokonana. Radio Wolna Europa uchodzić zaczyna powoli za krajowy program, słuchany masowo przez szerokie rzesze ludności.
 
Kolejne ważne wydarzenie z punktu widzenia konstrukcji „mitu założycielskiego” Rozgłośni przyniesie powstanie węgierskie. I w tym przypadku zaskakuje sposób w jaki jego przebieg przedstawiony został w Wojnie w eterze. Pisząc bardzo szczegółowo o powstaniu węgierskim (jest to obok sprawy Światły druga tak obszerna relacja), Jan Nowak-Jeziorański koncentruje się w mniejszym stopniu na tym jak doszło do tragedii, a bardziej na tym jak zareagowała na powstanie rozgłośnia węgierska. Jej reakcja, jak pisze, „miała niestety charakter równie żywiołowy, co i społeczeństwa w kraju”. W związku z tym rozgłośnia zamiast wpływać mitygująco na węgierskie społeczeństwo nadała cały szereg audycji, które odczytane być mogły jako zachęta do zbrojnego powstania. Podobny błąd popełniła zresztą duża część prasy zachodniej, która nie przewidziała, że może dojść do interwencji Moskwy i że Stany Zjednoczone pozostaną w tej sytuacji bierne.  

Autor Wojny w eterze nie stara się mimo to potępiać węgierskiej redakcji. Uważa, że Węgrzy nie przeciwdziałali dostatecznie silnie nastrojom rewolucyjnym, ponieważ nie mieli polskich doświadczeń związanych z powstaniem warszawskim, kiedy to Polacy nie doczekali się pomocy ze strony Zachodu. O polskich doświadczeniach trzeba w związku z tym pamiętać, ponieważ kolejne zrywy wolnościowe, podejmowane zbyt spontanicznie i żywiołowo mogą okazać się przedwczesne. O ile więc przywołanie sprawy Światły służyć będzie na przyszłość potwierdzaniu i umacnianiu niepodległościowej legendy, o tyle przywołanie lekcji węgierskiej służyć będzie refleksji nad tym, jak wpisywać tę legendę w międzynarodowe realia i jak kontrolować narodowe emocje, tak aby nie doszło do frontalnej konfrontacji.

Komentując wydarzenia w Polsce, Radio stosować będzie w związku z tym dwie strategie, które będą się niekiedy uzupełniały, a niekiedy kłóciły ze sobą. Strategia numer jeden polegać będzie na  podtrzymywaniu postaw opozycyjnych i niepodległościowych. Strategia numer dwa na takim ukierunkowywaniu tych postaw, aby nie doszło do kolejnego wybuchu. Ta pierwsza strategia będzie stosowana zazwyczaj w okresach między kolejnymi zrywami, ta druga w momentach, gdy do zrywów tych już dochodziło. W epilogu do Wojny w eterze podejście to zostało scharakteryzowane następująco: „W latach 1952-1956 Polska dowiodła, że między dwiema skrajnościami – powstaniem zbrojnym z góry skazanym na klęskę, a niewolniczą uległością – istnieje cała gama innych możliwości.”

Wydawać by się mogło, że w momencie kiedy powstał już ostatecznie „mit założycielski” Rozgłośni, zawierający tak elementy dynamiczne, jak i elementy pozwalające na niezbędne niekiedy hamowanie, Radio wypracuje własne stanowisko na temat kolejnych etapów na drodze do pełnej wolności oraz metod przechodzenia od etapu do etapu. Do stworzenia tego rodzaju teorii, która istniałaby chociażby z ogólnym zarysie, nigdy jednak nie dojdzie. Nie widać też właściwie prób jej konstruowania. Dotyczy to także epilogu Wojny w eterze, który okazuje się pod tym względem rozczarowujący. Autor podkreśla w nim co prawda, że „zdobycze Października wywalczyło sobie samo społeczeństwo i że musi ono nadal liczyć na własne siły”, nie stara się jednak wyciągać wniosków z tego stwierdzenia, ani też stawiać sobie klasycznego pytania, co dalej. Zastanawiające wydaje się też tak silne podkreślenie służebnej roli Rozgłośni: „Pozostaliśmy wierni zasadzie, jaką postawiliśmy sobie na samym początku. Określiśmy wtedy nasze miejsce i służebną rolę wobec społeczeństwa. Nie sięgaliśmy po „rząd dusz”, i nie usiłowaliśmy zdalnie kierować społeczeństwem albo udzielać jakichkolwiek instrukcji, rad i pouczeń. Służyliśmy natomiast jako pas transmisyjny przekazując na cały kraj postulaty, rezolucje, manifesty uchwalne w kraju, gdy ludzie mogli przemówić swobodniej”.

Tego rodzaju definicja zadań Rozgłośni odbiega wyraźnie od dotychczasowego tenoru książki, który był rodzajem jednej wielkiej pieśni pochwalnej na rzecz niepodległościowej legendy. W dodatku w latach powstawania Rozgłośni, a były to przecież lata stalinowskie, Radio nie mogło być pasem transmisyjnym przekazującym na cały kraj „postulaty, rezolucje i manifesty” ponieważ wszystkie te formy wyrażania własnej opinii nie istniały. Dlaczego więc w epilogu pracy autor podważa jakby to, co napisał na jej początku? Czy dlatego, że wtedy kiedy wydawał swoje wspomnienia, a był to początek lat 80., rola Radia była już inna niż w czasach stalinowskich? Istotnie bardziej służebna i przypominająca „pas transmisyjny”? Czy może dlatego, że trwał stan wojenny i sugerowanie w tej sytuacji, jakichś konkretnych rozwiązań, wydawało się nie na miejscu, komuś kto przebywał w Stanach Zjednoczonych? A może autor tak dalece utożsamiał się z Krajem, że był zdania, że to Kraj będzie musiał wybrać drogę wyjścia z kryzysu? Epilog Wojny w eterze kończy się w każdym razie dość zaskakującym akcentem. A mianowicie niezwykle pochlebną opinią o Rozgłośni Andrzeja Gwiazdy, przekazaną z obozu dla interowanych. Jego zdaniem, to dzięki istnieniu Radia mógł w swoim życiu wierzyć, „że można nie podawać się, można przetrzymać, można walczyć”. Tego rodzaju cytat kończący całą publikację miał zapewne podkreślić, że w sytuacjach szczególnie dramatycznych trzeba wracać do źrodeł, czyli sięgać do legendy niepodlegościowej, gdyż tylko ona pozwoli przetrwać najgorsze.
   
Romatyczny patos jaki zawarty był w wypowiedzi Gwiazdy, nie mógł jednak zastąpić konkretnego programu. Powstawała przy tym nieco groteskowa sytuacja, gdyż były kierownik stacji Wolna Europa, powoływał się w sytuacji kryzysu na Kraj, a Kraj ustami Andrzeja Gwiazdy powoływał się na Wolną Europę. Czy nie była to wspólna kapitulacja przed stanem wojennym, pokryta, trochę jak słodkim lukrem, niepodległościową legendą? I czy sienkiewiczowskie hasło krzepienia serc, nie zastępowało tu po raz kolejny własnej analizy wydarzeń? Analiza taka wydawałaby się wówczas bardziej na miejscu, niż wzajemne przekazywanie sobie wyrazów uznania.

Zarzut tego rodzaju wysuwany był wielokrotnie przez paryską „Kulturę”, która uważała, że tego rodzaju działanie Rozgłośni, bez własnego skonkretyzowanego programu politycznego, sprowadza ją do roli stacji propangadowej. Juliusz Mieroszewski, który nie przebierał w słowach, zaczął nawet w pewnym momencie domagać się zamknięcia radia, jako placówki szkodliwej. I jakkolwiek opinię tę wyraził w prywatnym liście do Jerzego Giedroycia, w kontekście konkretnej sprawy, a mianowicie stosunku Rozgłośni do granicy na Odrze i Nysie, to był to najwyraźniej szerszy problem. Warto więc jeszcze się nad nim krótko zatrzymać. Tym bardziej, że wspomniana tu opinia Juliusza Mieroszewskiego pochodzi z 1956 r., a więc z okresu kiedy Rozgłośnia po opublikowaniu zeznań Światły, stała się ogromnie w kraju popularna, zdobywając upragnioną wiarygodność. Czy właśnie ten fakt zirytował paryską „Kulturę”?     

Skonkretyzownego programu politycznego nie miał ani Głos Ameryki, ani brytyjskie BBC, co nie przeszkadzało w słuchaniu tych rozgłośni w Polsce. Brak programu nie był więc jakimś  szczególnym mankamentem, który by Rozgłośnię mógł kompromitować lub też pozbawiać  wpływu na słuchaczy. Problem polegał jednak na tym, że RWE starała się definiować swoją misję w powołaniu na niepodległościową legendę i fakt ten w jakimś stopniu zbowiązywał. Można było jednak wyobrazić sobie Rozgłośnię, która odwołuje się do wolnościowych haseł, nie starając się mimo to formułować określonego programu. Nie trudno przy tym stwierdzić, że np. w okresie Października i jeszcze w jakiś czas później legenda niepodległościowa nie tylko przywoływana była przez Rozgłośnię z okazji różnych rocznic, ale służyła jej również do interpretacji aktualnych wydarzeń. Rozgłośnia opowie się np. za Gomułką i Październikiem, ale podkreślać będzie, że zachodzące zmiany zostały wymuszone przez nacisk oddolny, że zatem nacisk ten trzeba podtrzymywać, jeśli nie chce się dopuścić do wycofania się partii z obietnic.

W tym samym czasie Jan Nowak-Jeziorański krytykować będzie zbyt pasywne stanowisko inteligencji katolickiej, która nazbyt przejęła się, jego zdaniem, hasłem „politycznego realizmu”. Tego rodzaju ofensywne podejście będzie jednak z biegiem lat słabnąć, co spowoduje, że niepodległościowe hasła będą coraz częściej używane w Rozgłośni w funkcji retorycznej. To samo powiedzieć można o komentarzach samego Jana Nowaka-Jeziorańskiego, który w miarę upływu lat, wypowiadać się będzie o sytuacji w Polsce w sposób coraz bardziej ostrożny. I tak np. tuż przed powstaniem „Solidarności”, a więc już po powstaniu KOR-u i innych ugrupowań opozycyjnych, główną nadzieję na zmiany były dyrektor Rozgłośni Polskiej upatrywać będzie… w polskim Kościele, co zresztą po wyborze na papieża Jana Pawła II było w jakimś stopniu zrozumiałe, choć znów prowadziło raczej do patriotycznego uniesienia, a nie zachęcało do własnych przemyśleń. Po 1989 r. natomiast, obawiając się, że dojść może do utraty świeżo odzyskanej niepodległości, Jan Nowak-Jeziorański domagać się będzie dla Polski statusu państwa neutralnego, bojąc się najwyraźniej, że wyrażona głośno chęć wstąpienia do NATO, wywołać by mogła gwałtowną reakcję Rosji, czy nawet wstrzymanie ewakuacji wojsk rosyjskich. Ostrzegać będzie także przed niemieckim rewizjonizmem w obliczu niemieckiego zjednoczenia, powołując się, dla potwierdzenia własnych obaw, na reakcje Wielkiej Brytanii, czy Francji.

Można więc powiedzieć najogólniej, że RWE, gdy minie już okres Burzy i Naporu Rozgłośni, używać będzie haseł niepodległościowych coraz częściej w sposób werbalny, starając się, jeśli chodzi o analizę aktualnych wydarzeń politycznych, kierować raczej zasadą umiaru i zdrowego rozsądku. Próby tworzenia własnych scenariuszy wydarzeń, wybiegających w dalszą przyszłość nie będą w związku z tym pojawiać się na atenie, jako zbyt ryzykowne i w dużej mierze niepotrzebne w codziennej pracy. W wielu komentarzach, a także w prywatnych wypowiedziach Jana Nowaka-Jeziorańskiego punktem odniesienia stanie się działalność polskiego Kościóła, a zwłaszcza stanowcza, choć jednocześnie elastyczna postawa polskiego prymasa, Stefana Wyszyńskiego. Po powstaniu „Solidarności” nastawienie to ulegnie zmianie, ale okres ten wykracza już poza ramy tych uwag. Nie trudno zresztą stwierdzić, że także i w tej fazie komentarze Rozgłośni nacechowane będą umiarem i niechęcią do skrajnych opinii, która wielu bardziej radykalnym odbiorcom wyda się w obliczu stanu wojennego nieodpowiednia. Wewnątrz redakcji wybuchną zresztą wówczas na nowo spory na temat niepodległościowej linii Rozgłośni i konieczności powrotu do tej linii w zupełnie nowej sytuacji w Polsce.      

Można by zadać sobie pytanie, dlaczego Rozgłośnia rezygnować zaczęła powoli z głoszenia niepodległościowych haseł? Czy dlatego, że nie mając własnej strategicznej wizji musiała od początku dryfować między propagandą i patriotyzmem, jak przewidywał od początku Juliusz Mieroszewski? Czy może była to cena za zbyt silne podkreślanie faktu, że jest to „nasza” , „polska” Rozgłośnia, co prowadzić musiało do nadmiernego utożsamienia się z Krajem, a więc także do rezygnacji z własnych koncepcji? A może głoszenie tych haseł stało się po prostu anachroniczne, w sytuacji kiedy to Kraj dążył energicznie do daszych przemian i nie potrzebował już zachęty z zewnątrz? A może niepodlegościowa retoryka, była od początku istnienia stacji retoryką, ponieważ tworzyło ją pokolenie, które przeżyło powstanie warszawskie i jego klęskę?  

Jakkowiek odpowiemy sobie na te pytania, jedno wydaje się pewne. Rozgłośnia starała się odpowiadać możliwie w porę na nowe wyzwania, jakie przynosiła zmieniająca się sytuacja w Polsce. I jakkolwiek jej program nie mógł, co oczywiste, zadowolić wszystkich słuchaczy, to był to program przeznaczony dla szerokiego spektrum odbiorców, reprezentujących różny  poziom wykształcenia i różne opcje polityczne. Wydaje się, że ten fakt był głównym atutem Rozgłośni, która w mniejszym stopniu starała się wyprzedzać wydarzenia, a w większym możliwie szybko na nie reagować. I choć nie zawsze się to udawało, to właśnie ten fakt przesądził o jej trwałej i utrzymującej się przez wiele lat popularności, w większym stopniu niż niepodległościowe hasła, które z upływem lat straciły na znaczeniu, choć oczywiście wpływały nadal na emocje słuchaczy.  

Trudno też byłoby się zgodzić z maksymą, tak często powtarzaną przez autora Wojny w eterze, że Polska pozostała sobą. I że w związku z tym sobą pozostała również Rozgłośnia. Nie tylko Polska się gwałtownie zmieniała, ale zmieniały się także, równie gwałtownie, zdania stacji. Co było chyba, w sposób oczywisty, nieuniknione. Dlatego też ważna była, i być może nawet z lekka spóźniona, zmiana pokoleniowa, która nastąpiła w Rozgłośni w 1980, o czym autor nie pisze już w swoich wspomnieniach. 

Czy Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa była strażnikiem tradycji niepodlegościowej? Zapewne nie, choć się do niej odwoływała. Czy wieloletni kierownik stacji, Jan Nowak-Jeziorański, był ze swojej strony niepodlegościowym strategiem, który zasłużył sobie na miano męża stanu? Z pewnością nie, choć jego interesujący i barwny życiorys, nadaje się na niejedno opowiadanie czy biografię. Wydaje się przy tym, że umieszczanie jego osoby na  pomniku z brązu, wprowadza do jego życiorysu fałsz, który nikomu nie jest potrzebny. Fałszuje też, bez widocznego powodu, najnowszą historię Polski, przetwarzając niepodległościową legendę w „twardy” niepodległościowy kicz, który utrudniać będzie dotarcie do prawdy. I to tak prawdy ludzkiej, jak historycznej. A obie są, jak wiemy, bardzo złożone. „Kurier z Warszawy” zasłużył się natomiast na pewno dla „polskiej sprawy”, jak być może mało kto z jego pokolenia, obfitującego w tyle różnych talentów.  

maj 2005

Tekst zamieszczony pierwotnie w "Res Publica Nova", nr 201/lato 2005.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Komentarze

You must javascript enabled to use this form

Musisz się zalogować by móc dodać komentarz.
Komentarze wyrażają jedynie opinie ich autorów a nie redakcji.
© 2019 wolnaeuropa.org
Zawartość strony: Andrzej Borzym redakcja@wolnaeuropa.org
Administracja: Tomasz Komorek administracja@wolnaeuropa.org

Ta strona nie jest w żaden sposób związana z RFE/RL, Inc., które nie ponosi
odpowiedzialności za jej zawartość.