|
Znamy bajki o żelaznym wilku, drugiej Japonii i Irlandii. A ja bym chciał usłyszeć od kandydata na prezydenta RP zapewnienie, że dzięki niemu, w ciągu jednego pokolenia Polska stanie się np. potęgą informatyczną i/albo zbrojeniową na skalę co najmniej europejską. Że nowy prezydent przedsięweźmie inicjatywę ustawodawczą, której rezultatem będą ogromne inwestycje w tych dwóch dziedzinach. A jeśli nie w tych dwóch, to w innych. Nie potrzebuję oglądać wysiłków armii ekspertów od wizerunku. Kandydat może występować w szortach, byleby mówił do rzeczy. Byleby potrafił zidentyfikować obszary naszej siły i zaproponować sposoby ich rozwoju. Żeby doprowadził do zapoczątkowania procesu, w wyniku którego Polska będzie miała produkt czy produkty, po które ustawi się międzynarodowa kolejka. Kandydaci trajkocą o wizji, kandydat Kaczyński mówi o różnicy między dwoma (powinno być dwiema) wizjami Polski, a w rzeczywistości nie są w stanie przedstawić przemyślanych dalekowzrocznych projektów rozwoju. Debata o służbie zdrowia jest tematem zastępczym i bezproduktywnym. Jeśli są pieniądze na reformę i wiemy co w służbie zdrowia nie działa, to niech eksperci zaproponują i wdrożą zmiany, tak, żeby działało. Bez fanfar i bicia w bębny. Niemcy mają 3 najbardziej pożądane marki samochodów na świecie, Finlandia najnowocześniejsze technologie komunikacyjne, Rosja surowce energetyczne, Chińczycy nieprzebraną tanią siłę roboczą i gigantyczny rynek. A my? Mamy siłę duchową polskiego katolicyzmu. Ale czy ona wystarczy, żeby za 20 lat żyło się nam lepiej? Czy mamy coś co jest obiektem międzynarodowego podziwu i pożądania? Coś co wszyscy będą chcieli od nas kupić w ilościach podwajających nasz dochód per capita w ciągu najbliższych 10-15 lat? Ja chcę na prezydenta takiego mądralę, który zidentyfikuje to coś i wskaże realistyczny sposób zamiany tego czegoś na dobrobyt. Żaden z dwóch kandydatów nie rokuje nadziei na taki obrót spraw. Dlatego mój wybór będzie kwestią odczuć, a nie racjonalnej kalkulacji. |