Migawki/zajawki

Archiwa
 

Spory polsko-amerykańskie w RWE

czytaj
 
Home arrow Ad notam arrow Dostojewski i lustracja, czyli o polskich toksynach w celofanie
Dostojewski i lustracja, czyli o polskich toksynach w celofanie

Jeremi Sadowski

 

H.Bosch, Sąd Ostateczny, fragm.
Historie o tajnych współpracownikach służby bezpieczeństwa czyta się często jak historie o zdradzie, pokucie i możliwym mimo wszystko wybaczeniu, słowem jak historie z Dostojewskiego. W polskich opowieściach o agentach brak jest jednak zazwyczaj tego wyższego wymiaru, ponieważ jest to przeważnie doraźna publicystyka polityczna. Ale zdarzają się nieliczne wyjątki od reguły, do których zaliczyć należy książkę Joanny Siedleckiej Kryptonim „liryka”. Autorka pisze we wstępie, że interesowały ją nie tylko losy poszczególnych pisarzy zmuszanych do współpracy przez SB, lecz także sam fenomen zdrady. Takie postawienie sprawy sygnalizuje wysokie aspiracje, choć budzi także pewien niepokój.

Joanna Siedlecka znana była do tej pory jako autorka popularnych czytadeł, poświęconych życiowym perypetiom takich tuzów polskiej literatury, jak Gombrowicz, Herbert czy Witkacy. Były to na ogół sprawnie napisane historie o sukcesach i porażkach znanych ludzi oraz o różnych meandrach ich skomplikowanych życiorysów. Autorka opisywała je z sympatią, ale też bez robienia uników, starając się – niejako przy okazji - prezentować pikantne detale. Czy jest to jednak dostateczna kwalifikacja, aby podjąć problematykę różnego typu „przeklętych pytań” znaną z rosyjskiej literatury? Czy pióro przyzwyczajone do dziennikarskiego podkręcania tematów i wyszukiwania najrozmaitszych smaczków, nie wymknie się spod kontroli wtedy, kiedy dbać trzeba o precyzję?

"Cenne" czy "zniechęcające" kontakty?

Ten przydługi wstęp służyć ma jako wprowadzenie do uwag o książce, którą uważam za wyraźne nieporozumienie. Do takiej oceny skłania mnie przede wszystkim rozdział o Włodzimierzu Odojewskim, z którym pracowałem przez wiele lat w Wolnej Europie. Nie była to jednak przyjaźń, ani nawet bliższa znajomość, co chciałbym wyraźnie podkreślić, aby nie stworzyć wrażenia, że chodzi mi o motywy osobiste, a nie o obronę pewnych zasad. Te ostatnie zostały, w moim przekonaniu, całkowicie przez autorkę zlekceważone. Powstaje w związku z tym pytanie, ale o tym może już później, jak do tego doszło? Książka była przecież  konsultowana z kilkoma liczącymi się historykami - czyżby przeoczyli błędy, które rzucają się w oczy laikowi?                 

Na temat tego jak naprawdę wyglądał przypadek Włodzimierza Odojewskiego nie mogę   wypowiadać się w sposób wiążący, bo musiałbym znać znacznie więcej faktów. Mimo to ważne wydaje się pokazanie w jaki sposób autorka tworzy swoją wersję historii o znanym  pisarzu uwikłanym we współpracę ze służbą bezpieczeństwa. Raporty jakie odnalazła w archiwach IPN-u nie są bynajmniej jednoznaczne, ponieważ sama SB oceniała niekiedy kontakty z „WO” jako „cenne”, a niekiedy jako „zniechęcające”. Włodzimierz Odojewski, jak sam przyznaje, zgodził się co prawda na początku 1964 r. na rozmowy z porucznikiem Majchrowskim, ale odmawiał pisania oczekiwanych od niego raportów.

Relacje jakie znalazła Siedlecka są zatem relacjami Majchrowskiego. Trudno więc powiedzieć, co jest w nich prawdą, a co wersją stworzoną na użytek władz wyższych. Oczekiwań tych władz z tego okresu nie znamy, możemy się ich co najwyżej domyślać. Możemy się też jedynie domyślać, w jaki sposób spełniać chciał te oczekiwania Majchrowski. Jeszcze trudniej jest jednak powiedzieć, które wypowiedzi Odojewskiego Majchrowski przekazywał w miarę wiernie, a które w określony sposób wypaczał. I czy do tych „wypaczeń” istnieje tylko jeden klucz, czy kilka.     

Trudno też znaleźć potwierdzenie na to, że SB przeciągnęła po jakimś czasie pisarza na swoją stronę. Nie wynika to w każdym razie jednoznacznie z materiałów omawianych przez autorkę. Kontakt z Odojewskim dość szybko zaczął być trudny, a w każdym razie niezadowalający dla SB, w związku z czym wspomniany porucznik Majchrowski zaczął się zastanawiać, czy go nie zerwać. W jednym ze świadectw mówi się, że doszło do tego w roku 1965, w innym, że dwa lata później. Wyraźną cezurę stanowił z pewnością rok 1968, kiedy Włodzimierz Odojewski podpisuje protest pisarzy przeciwko zawieszeniu Dziadów. Można zatem mówić, w zależności od tego, który dokument uznać za bardziej wiarygodny, o spotkaniach trwających dwa lub nawet cztery lata. W skrajnej wersji mogło być to nawet nieco dłużej.           

Mamy zatem do czynienia z historią trwającą stosunkowo długo, choć nie do końca jasną, tym bardziej, że w gruncie rzeczy nie wiadomo, jaki był charakter tej współpracy. I czy o współpracy można w ogóle mówić, gdyż jest to język sprawozdań SB, który niekoniecznie trzeba akceptować jako własny. W tej sytuacji autorka musiała postawić sobie pytanie, co robić dalej? A więc w jakiej formie przedstawić to, co znalazła w archiwum?

Mając w ręku stosunkowo niewiele dokumentów, będących w dodatku informacją z drugiej ręki, miała do wyboru trzy wyjścia. Mogła skontaktować się z pisarzem i bliskimi mu osobami, aby spróbować wyjaśnić przynajmniej jakąś część wątpliwości, które budzą znalezione materiały. Mogła także, nie podejmując takiej próby, uwzględnić wszystkie niejasności we własnej narracji, wskazując na wypowiedzi, które wydają się problematyczne. Mogła wreszcie uznać, że wersja jaka wynika z dokumentów SB jest summa summarum prawdziwa, nawet jeśli istnieją w niej luki i sprzeczności. To ostatnie podejście jest co prawda podejściem w większym stopniu prokuratorskim, niż dziennikarskim, ale nie każdy jest przywołanym tu Fiodorem Dostojewskim, który potrafił patrzeć na różne sprawy z wielu punktów widzenia.

Oporne "kablowanie" ze zjazdu ZLP

Przyjmując wersję wydarzeń sugerowaną przez SB, Siedlecka postanowiła ją jednak na swój w sposób wzmocnić i ubarwić, co nazwać można kreatywnym podejściem do źródeł. Rozdział poświęcony pisarzowi zatytułowany Pseudonim „WO” przekształca się w związku z tym w rodzaj paszkwilu, o czym świadczy zresztą sama stylistyka. Odojewski, zdaniem autorki, „deluje” „donosi”, „kłapie dziobem”, „kabluje”, i prowadząc własną grę z ubekami inscenizuje przy ich pomocy własne „leciutkie ukrzyżowanie”, po to żeby, jako prześladowany w kraju dysydent, lepiej sprzedawać się na Zachodzie. Jest to wszystko stylistyka powieści brukowo-sensacyjnej, w której trudno dopatrzeć się chęci „dotarcia do prawdy”. Nie jest to także dowód „bezstronnego podejścia do źródeł”, o jakim autorka pisze  we własnym, lekko patetycznym wstępie do pracy.

Na pytanie dlaczego Joanna Siedlecka nie zachowuje się jak dziennikarz czy historyk, którym z konieczności stać się w tego typu książce powinna, trudno jest odpowiedzieć. Być może miałby coś do powiedzenia na ten temat psychoanalityk, badający naturę skrywanych głęboko kompleksów. Z wielu sformułowań publicystki wynika, że nie myślała wcale o prezentacji konkretnego przypadku współpracy pisarza z organami bezpieczeństwa, a chodziło jej raczej o powalenie go na ziemię, w jakimś osobistym, zlekka absurdalnym pojedynku. W pierwszej fazie tego pojedynku Odojewski miał być zdezawuowany i upokorzony, w  drugiej w jakimś stopniu przywrócony do łask, choć pod warunkiem dokonania oczyszczającej spowiedzi. Tego rodzaju struktura oskarżeń, połączona z określonym rytuałem wybaczenia przypomina rzeczywiście Dostojewskiego, czy mówiąc szerzej rosyjską literaturę, czytelnik wolałby jednak wiedzieć, czy można w ten sposób interpretować dokumenty, znajdujące się w archiwach. Warto więc zatrzymać się teraz nad tym nieco dłużej.          

Zastanawiając się nad charakterem rozmów jakie Włodzimierz Odojewski prowadził z SB, Siedlecka pisze autorytatywnie, że podpisał swoisty cyrograf, godząc się bez zastrzeżeń na współpracę ze służbą bezpieczeństwa. Powołuje się na dowód na podpisane przez niego oświadczenia, z których wynikać ma nie tylko gotowość do współpracy, ale fakt wzięcia 1000 zł na pokrycie kosztów pobytu w Lublinie. Odbyć się miał tam zjazd ZLP, w którym na wyraźne życzenie Majchrowskiego Odojewski wziąć miał udział. Do tych dwu dokumentów dodana jest ankieta tajnego współpracownika z osobowymi danymi pisarza, choć wypełniła ją, sądząc z charakteru pisma, jakaś trzecia osoba - niewykluczone, że właśnie Majchrowski.

Nie znam zwyczaju ani procedur jakie obowiązywały przy wypełnianiu tego typu ankiet, znamienne wydaje się jednak, że brak pod nią podpisu Odojewskiego. Widnieje on pod osobnym oświadczeniem, w którym pisarz zobowiązuje się do zachowania w tajemnicy treści odbytych rozmów. Nie jest to chyba jednak deklaracja gotowości do współpracy, o jakiej pisze z dużą pewnością siebie autorka. Odojewski sam wyjaśnia w osobnym wywiadzie  tajemnicę przyjęcia owych 1000 zł w związku ze zjazdem lubelskim. Miał się, jak twierdzi, trochę nieudolnie wymigiwać od udziału w tym zjeździe, zasłaniając brakiem pieniędzy. Wręczono mu w związku z tym wspomniane tysiąc złotych, domagając się ich pokwitowania. Po zjeździe nie był jednak proszony o żadne konkretne sprawozdanie; uznano najwyraźniej, że odrzucający formę bezpośredniej współpracy pisarz, zostanie krok po kroku skłoniony do bliskich kontaktów. Te łatwo już było przekształcić w związek sformalizowany, czyli mówiąc inaczej pozyskać tajnego współpracownika. Schemat stosowany najwyraźniej w takich razach przez SB wydawał się i w tym przypadku funkcjonować. Pisarz podpisał oświadczenie o zachowaniu rozmów w tajemnicy, zgodził się także na wzięcie tysiąca złotych i na wyjazd do Lublina. Były to dwa poważne błędy, które wskazywały SB, że nawiązany kontakt będzie mógł być niebawem rozbudowany i być może doprowadzony do formalizacji. Nie dziwi zatem, że rozmowy te oceniono wówczas jako obiecujące. Czy jednak do takiej formalizacji rzeczywiście doszło - nie wiemy. I nie wie tego zapewne sama autorka, choć ze sposobu w jaki o tym pisze wynika coś innego.   

Aby przekonać czytelnika o tym, że wkrótce po pierwszych rozmowach pisarz podjął ścisłą współpracę z SB, Siedlecka opisuje szczegółowo przebieg lubelskiego zjazdu, cytuje jednak przy tym wypowiedzi innych osób, ale nie Włodzimierza Odojewskiego. Powstaje w rezultacie wyraźna sugestia, że to właśnie jemu zawdzięczamy opis spotkania, w czasie którego – jej zdaniem – dojść miało do próby restalinizacji polityki kulturalnej. Autorka nie twierdzi tego zresztą wprost, cytując jednak bez dalszych komentarzy zabawną fraszkę Brzechwy o zjeździe: „przyjechali do Lublina żeby wskrzesić kult Stalina” i daje w rezultacie do zrozumienia, że zjazd był forum ideologicznej ofensywy, do czego przyczynił się także opłacony przez SB pisarz.

Aby uprawdopodobnić własną wersje wydarzeń (opartą jak można przyjąć na przyjętym z góry domniemaniu winy), Siedlecka pisze, że „po powrocie ze zjazdu WO nadal przekazywał komentarze na jego temat”. Tymczasem w poprzedzającym to zdanie tekście, nie ma ani jednej wypowiedzi Odojewskiego. Nie przytaczane są także jego dalsze komentarze o tym wydarzeniu. W świadomości czytelnika, który zapewne sam nie będzie przyglądał się załączonym dokumentom, może powstać jednak przekonanie, że po dwu pierwszych błędach pisarz wciągany był coraz głębiej w esbeckie bagno i że się specjalnie przed tym nie bronił. Podpisał przecież, jeśli wierzyć Siedleckiej, odpowiednie zobowiązanie, pobrał bez protestu tysiąc złotych, no i następnie zrewanżował się oczekiwanymi relacjami ze zjazdu.

Z trzech dokumentów obciążających Odojewskiego dwa okazują się wątpliwe. Autorka nie cytuje jego sprawozdania ze zjazdu, a tylko sugeruje, że sprawozdanie takie złożył. Nie prezentuje też jego podpisu pod deklaracją o współpracy – przedstawia tylko podpis pod oświadczeniem, że nie ujawni treści rozmów, ale to przecież nie to samo.           

"Zadaniowanie" na przyjaciela

Dalsze dowody rzekomo daleko idącej współpracy z SB prezentowane przez Siedlecką są podobnej jakości. Autorka wielokrotnie stara się wydobyć z dokumentów, to czego w nich nie ma, robiąc tym samym czytelnikowi, by ująć to popularnie, wodę z mózgu. Odojewski miał, jej zdaniem, ogromnie zaszkodzić Krzysztoniowi, z którym się zresztą przyjaźnił, referując dokładnie przebieg jego podróży po Stanach Zjednoczonych. Z załączonego przez Siedlecką dokumentu wynika jednak, że Odojewski poinformował tylko o spotkaniach jakie Krzysztoń odbył z czytelnikami w Ameryce. Ujawnił także nazwiska tłumaczy, którzy przełożyli jego utwory na angielski. Trudno dopatrzeć się w tym aktu szczególnej zdrady, tym bardziej, że spotkania Krzysztonia organizowane były przez ambasadę PRL w Nowym Jorku, która musiała doskonale wiedzieć, gdzie i z kim autor się spotykał. Domaganie się takiego sprawozdania od Odojewskiego było zatem (jak można chyba przyjąć) elementem wojny podjazdowej prowadzonej przez Majchrowskiego oraz próbą sprawdzenia czy kandydat na przyszłego współpracownika już dojrzał. Próba ta w przeciwieństwie do tego co usiłuje sugerować Siedlecka nie wypadła chyba zadawalająco, skoro w końcowej części rozmowy z Majchrowskim Odojewski stwierdza, że z tego co mu wiadomo „Krzysztoń nie miał żadnych przykrości na terenie USA względnie podczas przyjazdu na granicy. Literatury nie opublikowanej nie przewoził. Czy stanowił ponadto dla kogoś „okazję”, tego nie wie. Dalsze rozmowy z Krzysztoniem „W” będzie prowadził po swoim powrocie z Wiednia”.

Jeśli przełożyć to sprawozdanie napisane na początku 1965 r. na zwykły język, to brzmiało ono mniej więcej tak: będę dalej odpowiadał na wasze pytania, ale nie liczcie na to, że usłyszycie coś ważnego. Będę starał się zbywać was ogólnikami, tak długo aż się wreszcie zmęczycie. Przesłuchujący Odojewskiego Majchrowski nie czuł się jednak zmęczony, przynajmniej na tym etapie spotkań, ponieważ postarał się sformułować dalsze zadania, które pisarz miał wypełnić. Miało być to m.in. „umiejętne” zorientowanie się jakie kontakty z tłumaczami zachodnimi utrzymują polscy autorzy. Temu pobyt „WO” w Wiedniu zdawał się rzeczywiście sprzyjać. Co jednak wynikło z tej kolejnej próby „zadaniowania” pisarza nie wiemy, ponieważ nie ma na ten temat informacji, albo po prostu autor Zasypie wszystko, zawieje... starał się i w tym przypadku grać na zwłokę, stosując, tak jak poprzednio, rodzaj włoskiego strajku. Można zresztą przyjąć, że musiało być to dla niego niezwykle nieprzyjemne i upokarzające. I że wstydził się, że po raz kolejny musi grać w takim teatrze.

Absurdalno-groteskową atmosferę tego typu spotkań oddaje uwaga jaką Majchrowski zmieścił na zakończenie własnego sprawozdania. Warto przytoczyć ją w całości, gdyż brzmi ona, gdy lepiej się w nią wczytać, jak cytat z Rejsu Marka Piwowskiego: „Podczas spotkania rozmawiałem z „W” na temat jego ewentualnych spostrzeżeń w sprawie napadu na Bank w dniu 22 grudnia 1964. „W” w tej sprawie nie wniósł nic nowego.”

Joanna Siedlecka jest jednak zdania, że przytoczone przez nią notatki Majchrowskiego  wnoszą wiele nowego, nawet jeśli na pierwszy rzut oka trudno to zauważyć. Stosuje w tym celu tę samą technikę opowiadania o zdarzeniu, którą zastosowała w przypadku zjazdu ZLP w Lublinie. Na początku obszernego podrozdziału o Krzysztoniu, przedstawia szczegółowo szykany władz z jakimi musiał się zmagać, prześladowany, jak pisze, „za kontakty z zachodnimi wydawcami i tłumaczami”. Pomagać miał w tym, jak następnie dodaje, Włodzimierz Odojewski. Jest to oskarżenie wzięte w całości z powietrza, a w dodatku trochę śmieszne. Bo gdyby rzeczywiście sprawa kontaktów z zachodnimi wydawcami była dla władz PRL aż tak gardłowa, to Krzysztoń nie dostałby po prostu paszportu. Był z całą pewnością prześladowany i śledzony, ale nie dlatego, że donosił na niego jego przyjaciel. W kilka miesięcy później Krzysztoń ponownie zresztą wyjeżdża - tym razem do Londynu. Jak widać Odojewski, trzymając się stylu myślenia autorki, nie potrafił już temu zapobiec.          

Przekształcając przy pomocy stosunkowo krótkiej relacji najbliższego przyjaciela we wroga, Siedlecka pokazuje jak giętkie potrafi mieć pióro i jak łatwo przychodzi jej żonglerka realiami i własnymi wyobrażeniami o realiach. Dowodzi tego także jej omówienie relacji Odojewskiego z pobytu Krzysztonia w Ameryce, o której była tu już mowa.      

Odojewski, w jej własnej interpretacji, to autor pięciostronnicowego raportu, w którym meldował bardzo dokładnie o kolejnych krokach Krzysztonia. „O tym, kto go zaprosił? Kto zorganizował i finansował autorskie spotkania? Czy był przed wyjazdem okazją do przewożenia czyichś rękopisów? Przywiózł zakazaną literaturę?”. W ferworze rzucania tego typu oskarżeń autorka zapomina, że Odojewski nie pisał żadnych raportów, chodzić więc może co najwyżej o notatki Majchrowskiego, które były tu już cytowane. Z treści tych notatek nie wynika jednak, aby Odojewski odpowiadał na stawiane mu pytania w sposób szczególnie wylewny, czy zachęcający do dalszego drążenia tematu. Pod piórem autorki zdawkowe odpowiedzi pisarza przekształcają się jednak w gorące zaangażowanie, świadczące o gotowości dalszych usług dla bezpieki. W tonie równie sugestywnym, co w przypadku opisu zjazdu lubelskiego, Joanna Siedlecka pisze następnie o tym, że Odojewski włączył się do akcji dalszego osaczania Krzysztonia. Nie zwraca jednak uwagi na to, że piszący o tym Majchrowski, chciał „zadaniować” pisarza w tym kierunku, co nie znaczy wcale, że swój cel osiągnął.     

Kończąc swoje uwagi o Krzysztoniu, autorka ma chyba wrażenie, że dopięła swego, przedstawiając Odojewskiego jako wyjątkowo gorliwego denuncjanta. Zamyka je zatem w sposób nieomal triumfalny: „Gdy we wrześniu1965 roku Jerzy Krzysztoń wybrał się z żoną do Anglii, urządzono mu prawdziwy kipisz, konfiskując wiele dokumentów, łącznie z adresami i listami polecającymi”. W kontekście wygłoszonych wcześniej oskarżeń, nie powinno być wątpliwości, że było to w dużym stopniu dziełem Odojewskiego, który w ten sposób potraktował najbliższego przyjaciela. Czy wspomniany tu Fiodor Dostojewski mógłby wymyśleć coś podobnego? I czy literatura rosyjska nie może być nadal inspirująca?

Przedstawiając pisarza jako konsekwentnego kolaboranta i denuncjanta, Siedlecka ma jednak na końcu pewien kłopot, ponieważ Odojewski protestował przeciwko zawieszeniu Dziadów, co uznać można, a nawet trzeba, za akt odwagi. Podobnie jak z innym faktami, autorka radzi sobie i z tym bez większego trudu. Odojewski, jej zdaniem, podjął już w tym momencie kolejną grę, która przynieść mu miała lepsze przyjęcie na Zachodzie. Stawiał mianowicie na „lekkie ukrzyżowanie”, po to aby opromieniony sławą prześladowanego, lepiej sprzedawać własne książki w Paryżu. Okazał się więc i na tym etapie niezwykłym cwaniakiem, co autorka wyraża zresztą w języku odpowiednim dla nowej sytuacji, którą właśnie skutecznie wykreowała: „kpił sobie z władz”, „śmiał się w kułak”, „wyciął im numer”.

Nieczystości w celofanie

Po wylaniu wszystkich tych jadów i inwektyw Siedlecka proponuje jednak na samym końcu,  aby docenić Odojewskiego jako wielkiego pisarza. Wygląda to trochę tak, jakby chciała wszystkie te nieczystości, którymi do tej pory żonglowała, to bawiąc nas, to strasząc, owinąć w elegancki celofan i zawiązać wstążką w kokardę. I w tym geście można jednak, poza zwykłą manipulacją, która z jakiś względów jest jej potrzebna, odnaleźć coś rosyjskiego: nienawidzę Cię i z całego serca pogardzam, ale przyznaję, że jesteś wielki. Zaproponowany przez nią rytuał skruchy i przebaczenia, ma jednak w sobie coś plastikowego, znacznie bliższego trywialnej powieści, niż wysokim wzorom rosyjskim. Jest to po prostu kolejna próba wcielenia się autorki w nową rolę, która pokazać ma, już na samym końcu, skalę jej talentu. Jest to skala niemała, trzeba przyznać! W sumie przedstawienie było pod niektórymi względami udane. Część publiczności może wyszła, ale reszcie się podobało! Słychać było nawet w niektórych miejscach widowni gromkie brawa.
 
Z tego co napisała Siedlecka łatwo sobie żartować, ale sprawa jest niestety poważna. Autorka cytuje wiele dokumentów przez co sprawia wrażenie, że chodzi tu naprawdę o badania nad przeszłością i wymazywanie białych plam. Jeździ także z odczytami po kraju opowiadając o denuncjantach i kolaborantach – to na pewno dociera i zostaje. Udało mi się przeczytać w miarę dokładnie rozdział poświęcony Włodzimierzowi Odojewskimu, podejrzewam jednak, że nie jest to wyjątek i że pozostałe części książki napisane zostały podobnie, tworząc karykaturę rzeczywistych badań. Przy okazji niejako doszło do zdezawuowania wielu ludzi zasłużonych dla polskiej kultury. Ilu nie wiem, bo trzeba by całą książkę przeczytać z podobnym  krytycyzmem, ale podejrzewam, że autor Zasypie wszystko, zawieje... nie jest jedyną ofiarą.

Dodać do tego trzeba jeszcze jeden przykry aspekt. W powstaniu książki współuczestniczył IPN, co daje autorce pieczęć państwowej instytucji. Na okładce widnieje także informacja, że konsultantem opracowania był dr Sebastian Ligerski z wrocławskiego oddziału Instytutu. Ciekawe czy rzeczywiście czytał tę pracę? I czy dał autorce zielone światło na druk w tej postaci? Jeśli tak, to powiększył szkody, które i bez tego są znaczne.                  

Jeremi Sadowski

Przeczytaj tekst Włodzimierza Odojewskiego "Coś w rodzaju oświadczenia" link

Zob. też tekst Bronisława Tumiłowicza "Pryszcz lustracyjny" w: Przegląd, nr 11/2009 link

 
następny artykuł »
Komentarze

You must javascript enabled to use this form

Musisz się zalogować by móc dodać komentarz.
Komentarze wyrażają jedynie opinie ich autorów a nie redakcji.
© 2017 wolnaeuropa.org
Zawartość strony: Andrzej Borzym redakcja@wolnaeuropa.org
Administracja: Tomasz Komorek administracja@wolnaeuropa.org

Ta strona nie jest w żaden sposób związana z RFE/RL, Inc., które nie ponosi
odpowiedzialności za jej zawartość.