Logowanie






Nie pamiętam hasła!
Home arrow O nas arrow Coś w rodzaju oświadczenia
Coś w rodzaju oświadczenia

Włodzimierz Odojewski

Włodzimierz Odojewski, pisarz, wieloletni kierownik programów kulturalnych RWE, opisuje okoliczności w jakich wciągnięty został w latach 60. w spotkania i rozmowy z SB. Ślady tych spotkań, zachowane w archiwach IPN, wykorzystane zostały przez Joannę Siedlecką w książce „Kryptonim 'Liryka’”.

Na początku grudnia 2008 r. ukazała się książka „Kryptonim 'Liryka’. Bezpieka wobec literatów” autorstwa Joanny Siedleckiej. Autorka wykorzystuje w niej zawartość teczek SB o kilku znanych pisarzach. Jest wśród nich Włodzimierz Odojewski, autor cenionych książek, laureat prestiżowych nagród, w latach 1972-1994 redaktor Radia Wolna Europa, kierownik działu kulturalnego. Kilka dni przed pojawieniem się książki na rynku zaanonsowała ją Rzeczpospolita artykułem pt. „Kryptonim WO” właśnie o rozdziale na temat Odojewskiego. link Już pierwsze zdanie artykułu jest kategoryczne: „Pisarz Włodzimierz Odojewski był w latach 60. tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa – ustaliła na podstawie archiwów Instytutu Pamięci Narodowej Joanna Siedlecka.” Po czym następuje wyliczenie oskarżeń postawionych w książce. Tymczasem pisarz sam wcześniej publicznie „ujawniał”, że miał spotkania z SB, m.in. w wywiadzie na łamach Rzeczpospolitej ponad rok wcześniej. link Że był do tych spotkań zmuszany, że nikomu nie zaszkodził, że w teczkach jest wiele kłamstw. Próby weryfikacji zawartości teczek, konfrontacji ze świadkami, w tym z samym pisarzem, w książce brak. Szerzej pisze o tym Jeremi Sadowski. link Jak doszło do spotkań, co pisarz mówił swoim gnębicielom...? Poniżej wypowiedź Włodzimierza Odojewskiego. Redakcja

 

To był rok 64 ubiegłego stulecia, ale nie zachowało się u mnie z tamtego czasu wiele notatek, które by mi ułatwiły rekonstrukcję obchodzących mnie dzisiaj ówczesnych ubeckich zawirowań wokół mojej osoby. Byłem wówczas w trakcie pisania dużej prozy z mojego "kresowego" cyklu, jeszcze nie wiedziałem co z tego w końcu powstanie, lecz wiedziałem, że to będzie w mojej twórczości ważne, starałem się więc zachowywać możliwie cicho. Jeżeli zestawić z obfitującymi w trudne, nieraz przykre, zagrażające różnymi niebezpiecznymi przypadkami lata poprzednie, to był to u mnie okres życia już nieźle uregulowany, względnie spokojny, już zabezpieczony materialnie i, zważywszy jakim uznaniem cieszyła się moja praca w warszawskim radio na Myśliwieckiej, okres o którym dzisiaj powiedziałbym, że zaczęło mi się wtedy nawet nieźle powodzić. W każdym razie na tyle, że pomyślałem na serio o wydostaniu się z dwupokoikowej, parterowej nory na Nowolipkach, w którą wkupiłem się po przepędzeniu mnie przez towarzysza Wincentego Kraśkę z Poznania, i o nabyciu na własność jakiegoś większego, wygodniejszego mieszkania. Ale przecież nie o swojej sytuacji życiowej miałem tutaj pisać, lecz - o tym, jak to mi się przydarzyło z generałem Majchrowskim, wówczas chyba jeszcze porucznikiem, a może już kapitanem.

Otóż ja i moja ówczesna żona utrzymywaliśmy dość bliskie stosunki towarzyskie z popularną wtedy satyryczką, Zofią Bystrzycką. Bliskie i żywe, gdyż była mojej żony kuzynką. Obie znały się z lat jeszcze przedwojennych, ja znałem Zofię Bystrzycką z lat 50., kiedy ze swoim pierwszym mężem, Jerzym Putramentem wróciła do Polski z Paryża, gdzie on przez kilka lat pełnił funkcję ambasadora PRL-u. Być może, kiedy nas na Nowolipkach odwiedzała, narzekałem, że moje listy do mojej tłumaczki niemieckiej, pani Gerdy Hagenau (także mojej agentki literackiej, która już kilka lat wcześniej twórczość moją wyprowadziła na szerokie europejskie wody), mieszkającej w Wiedniu, do celu nie docierają. Skarżyłem się zapewne, że podejrzewam, iż moje listy są być może gdzieś po drodze przechwytywane. Zofia Bystrzycka w czasie jednej z wizyt u nas zaofiarowała wtedy pomoc: "Jadę do Czechosłowacji, daj list, wyślę go z Bratysławy. Stamtąd do Wiednia powinien dojść bez komplikacji". Krótki list napisałem, ona go wzięła. Główna treść owego listu do Gerdy Hagenau? - że potrzebuję pieniędzy, więc jak tam z moimi honorariami za różne tłumaczenia, czy coś się u niej z tego zebrało?

Zośka, bo tak ją z żoną nazywaliśmy, po dwóch tygodniach zatelefonowała, czy może pojawiła się u nas na Nowolipkach osobiście, i powiedziała, że została na granicy dokładnie zrewidowana i mój list jej zabrano. Wydawało mi się to wprawdzie wówczas nieco dziwne, bo Zofia Bystrzycka była nie tylko byłą żoną jednego z czołowych dyplomatów PRL-u i potem wieloletniego zarządcy środowiska literackiego w Polsce, ale sama piastowała (wtedy zdawało się: dożywotnią) funkcję z ramienia partii, członka zarządu warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich. Ją więc rozpruto do koszuli na granicy i znaleziono ten mój obciążający mnie list!? No, ale zdarza się! Uderzyło mnie to, jak pięścią w między oczy. Zofia Bystrzycka zakomunikowała mi wtedy również, że zostanę najprawdopodobniej wezwany wkrótce w tej sprawie na milicję. Tak to w moje, zdawałoby się, wreszcie uregulowane jakoś całkiem nieźle życie wdarła się znowu ówczesna twarda "rzeczywistość".

Po krótkim czasie istotnie zostałem, jak zapowiedziała, wezwany. Telefonicznie. Do pałacu Mostowskich. Dnia tego a tego, o godzinie tej a tej. Mam się zameldować w portierni na dole, ktoś po mnie przyjdzie. Daty owego fatalnego dnia nie muszę za włosy wydobywać z pamięci, podsuwa mi ją zasłużona na warszawskiej „ipeenowskiej” niwie paparazzi'ta w swoim opublikowanym o mnie artykule w książce pod tytułem "Kryptonim ‘Liryka’" - był to 25 lutego 1964 roku. Bo takie zobowiązanie o milczeniu na temat owego wezwania do Pałacu Mostowskich podpisałem przed tego pałacu opuszczeniem i się zachowało. Czy coś takiego każdy podpisywał po spotkaniu z ubekami? Czy były osoby, które odmówiły? Nie wiem. Mnie nie przyszło wtedy nawet do głowy, że mógłbym nie podpisać. Natomiast do głowy przyszło wiele innych myśli: jak to, że mogę znowu wylecieć z posady, jak już wylatywałem dwa razy przedtem w Poznaniu; jak to, że nie będę miał za co wyżywić rodziny, za jakie złotówki, skąd, co się już zdarzyło w drastycznej formie w pierwszym moim roku warszawskim i jakie na mnie spadną ciosy ze strony cenzury w Czytelniku, gdzie coś tam znowu usiłowałem wydać itd, itd, itd.

Chciałbym tu jednak zaoszczędzić sobie komentarza psychologicznego do tej "rzeczywistości", mianowicie co czułem, czego się lękałem, co przewidywałem, co chciałem ukryć, natomiast przypomnieć tylko suche fakty. W pokoju na piętrze, do którego mnie doprowadzono tego 25 lutego 1964 roku, przyjęło mnie dwóch mężczyzn po cywilnemu. Nazwisko jednego z nich zapamiętałem dobrze - Majchrowski - piknikowaty typ w moim mniej więcej wieku (ale zapamiętałem go pewnie dlatego, że los mnie skazał na więcej później z nim spotkań); drugi pozostał mi w pamięci tylko jako ciemnowłosy, wysoki osobnik, który przywitał mnie z zadowolonym uśmieszkiem i słowami, że dawno chcieli się ze mną spotkać.

Co z tej rozmowy pozostało w mej pamięci?

Otóż to, że trwała dobrze ponad półtorej godziny (żona, gdybym nie wracał dłużej do domu, miała zawiadomić moich szefów w radio) i że dotyczyła sprawy - kto udzielił mi zezwolenia na publikację książek zagranicą. I to też zapamiętałem, że odpowiadałem, iż nie posiadam żadnego takiego zezwolenia, ale że takowego zezwolenia nie potrzebuję, bo książki moje, które wydałem zagranicą ukazały się wcześniej w kraju i mogę je drukować gdzie tylko zechcę i w wydawnictwach jakich tylko zechcę, bo zezwala mi na to Konwencja Berneńska, ratyfikowana swego czasu także przez Sejm PRL-u (co wyraźnie wydawało się dla obu panów nowością, a nie sądzę, żeby udawali). Na pytanie to miałem zresztą z góry przygotowaną taką właśnie odpowiedź, choć nie miałem pojęcia, że od tego się moje przesłuchanie zacznie. Pytanie to bowiem w takiej formie zadawało mi już wcześniej kilka osób w miejscu pracy, mianowicie: szczególnie dociekliwie wiceprezes Radiokomitetu, nazwiskiem chyba Wagner albo Werner, ober-szef mojej bezpośredniej szefowej Aliny Szenwaldowej, pierwszy zastępca prezesa Włodzimierza Sokorskiego.

Ze strony przesłuchujących mnie na Mostowskich panów (po mojej odpowiedzi) posypały się wtedy pytania, dlaczego to właśnie moje książki są przekładane i jak trafiam do tak wielu wydawnictw na Zachodzie; a miałem już tłumaczenia na kilkanaście języków. Odpowiadałem, z dziecinną prostotą, że widocznie dlatego, bo moje książki się podobają. A jak trafiły do wydawców....? No, są przecież dostępne w księgarniach, także zagranicznych, czytają je ci, którzy interesują się Polską, polską literaturą, z pewnymi tłumaczami przyjeżdżającymi do Polski mam nawet kontakt osobisty. Chociaż dzisiaj już nie pamiętam, czy może pytania o powodzenie moich książek u kilku zachodnich wydawców, nie były czasem pytaniami późniejszymi, z następnego już posiedzenia, na które mnie wezwano półtora miesiąca, czy dwa miesiące później. W każdym razie obaj panowie zapowiedzieli, że swych pytań nie wyczerpali i będę znowu wezwany.

Czy o tym pierwszym przesłuchaniu w Pałacu Mostowskich komukolwiek zakomunikowałem? Na pewno od razu swym dwóm najbliższym przyjaciołom: Jarosławowi Abramowowi-Newerlemu i Władysławowi Lechowi Terleckiemu. W radio na Myśliwieckiej pracowaliśmy razem w jednym pokoju, z ojcem Jarka byłem zaprzyjaźniony od lat, był on jak gdyby ojcem chrzestnym mojego literackiego debiutu kilkanaście lat wcześniej, z Terleckim zaś łączyła mnie przyjaźń jeszcze z okresu Koła Młodych przy ZLP z początku lat 50. Nie pamiętam, jak wtedy Leszek (to znaczy Terlecki) komentował moją przygodę, nie pamiętam również jak ją komentował Jarek. Ojciec Jarka, to znaczy Igor Newerly, przyjął w każdym razie wiadomość o niej z lekceważeniem, twierdził, że niczego dla nich cennego ze mnie nie wycisną i dadzą mi spokój.

Tak się jednak nie stało. Trudno mi tutaj relacjonować, jak przebiegały moje późniejsze spotkania z ubekiem Majchrowskim (tylko bowiem z nim, z żadnym drugim ubekiem nie spotkałem się już nigdy), bo nie myślę na ten temat pisać powieści, nie mam na to czasu, jedynie tutaj sprawy najważniejsze: jak to potem przebiegało, czego, jakich spraw "przepytywanki" przez ubeka Majchrowskiego dotyczyły i jak to się potem, po mniej więcej niepełnych czterech latach i bodaj piętnastu takich "posiedzeniach", od tej czułej "opieki" wyzwoliłem.

Otóż wzywany byłem telefonicznie mniej więcej raz na dwa, trzy miesiące, czasem rzadziej, pod koniec zaś częściej. Z początku do Pałacu Mostowskich, następnie do jakiegoś prywatnego mieszkania, bodajże w okolicy Starego Miasta (ale nie było to mieszkanie Majchrowskiego, raczej robiło wrażenie opuszczonego), potem do pokoju hotelowego na ulicy Kruczej. Spotkania te trwały od półtora do dwóch godzin. Do samej niemal końcówki dotyczyły zagranicznych kontaktów z wydawcami, literackimi agentami, z tłumaczami (niewielu ich znałem, osobiście nawet nie wszystkich tych, którzy mnie tłumaczyli). Pytał o jurorów różnych polonijnych nagród, o osoby wpływowe w kulturze na emigracji, jak się dociera do zachodnich recenzentów literatury pochodzącej ze wschodu Europy, jakie ich łączą związki z Polską.

Czy ja już wtedy, będąc raz jeden dzięki wstawiennictwu prezesa Radiokomitetu, Włodzimierza Sokorskiego we Francji, odwiedziłem Maissons Laffite, nie pamiętam. Nie pamiętam czy mnie Majchrowski w ogóle o to pytał. Ta moja pierwsza wizyta w Paryżu była związana z ukazaniem się tam mojej książki w wydawnictwie Editions du Seuil. Przyznałem się jedynie, że z tamtego kręgu polonijnego poznałem Zygmunta Hertza, bo był gościem na wieczorze autorskim urządzonym dla mnie przez francuskie wydawnictwo; Majchrowski pytał, kto był tam ze znanych Polaków. Nie zauważyłem zresztą wtedy, ażeby "Kultura" paryska go interesowała, domyśliłem się szybko, że jeżeli chodzi o nią, to dysponują panowie od Majchrowskiego innymi informatorami. Z uporem dopytywał się natomiast o to, jak wchodzi się w obieg literacki na Zachodzie, jakie kontakty trzeba nawiązywać, żeby do tego obiegu się dostać, jakie osoby, jakich tłumaczy trzeba poznać, czym zainteresować, jacy agenci literaccy w tych zmaganiach o wejście na zachodni rynek pomagają. Odpowiadałem - zresztą zgodnie z prawdą - że moim przedstawicielem na zachodnim rynku wydawniczym jest pani Hagenau z Wiednia i ona załatwia wszelkie moje sprawy wydawnicze, za co jest odpowiednio wynagradzana przez wydawców częścią należnego mi honorarium.

Moje wtedy podróże zagraniczne to był Paryż, potem Genewa (bodajże w związku z otrzymaną tam jakąś nagrodą literacką), potem Jugosławia, też w związku z otrzymanymi tam nagrodami, tym razem radia i telewizji, raz albo dwa razy przejazd przez Austrię, z zatrzymaniem się na krótko w Wiedniu, z demokracji ludowych Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria. Wszystkie swe spotkania z panem Majchrowskim i jego "przepytywanki" referowałem na gorąco Igorowi Newerlemu, po jakimś czasie w tych spotkaniach u Igora Newerlego zaczęła uczestniczyć także prezes Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich, pani Wanda Żółkiewska. Poza Jarkiem Abramowem-Newerlym i Władysławem Lechem Terleckim o panu Majchrowskim byli poinformowani przeze mnie jeszcze inni moi koledzy związani ze Studiem Współczesnym radia na Myśliwieckiej, nie pracujący jednak ze mną w tym samym pokoju. Bo pamiętam, że podpisane u Majchrowskiego zobowiązanie do zachowywania milczenia nie traktowałem zbyt rygorystycznie.

Moje stosunki z Majchrowskim układały się dość dziwnie. Z jednej strony zostało mi jak gdyby wielkodusznie wybaczone, że pobieram z Zachodu za swą twórczość pieniądze bez pośrednictwa jakiejś instytucji w kraju. Z drugiej strony nacisk nie tylko na stawianie się na wezwania trwał, ale i czasem ów nacisk wyostrzał się, mianowicie: stawał się wprost twardym żądaniem - jak w wypadku zjazdu Literatów w Lublinie - żebym tam pojechał; od którego to wyjazdu nie udało mi się wymówić nawet brakiem pieniędzy na hotel i pobyt. I musiałem pojechać (to ów tysiąc złotych na zwrot kosztów, znaleziony w poubeckich aktach), choć do dzisiaj nie wiem po co tam pojechać musiałem, bo mieli tam na tym zjeździe, jak się zorientowałem, swoich "pilnowaczy"; może posłali mnie tam wiedząc, że ma tam wystąpić mój przyjaciel, Janusz Krasiński, może uważali, że ja się tam przydam jako o nim informator, nie wiem. Ale potem, ani o ten zjazd, ani o żadnego z jego uczestników Majchrowski mnie, po moim powrocie do Warszawy, nie wypytywał.

Moja sytuacja w objęciach pana Majchrowskiego zmieniła się jednak radykalnie, gdy pod koniec 67 roku wybrany zostałem do zarządu Warszawskiego Oddziału ZLP. Pierwszy raz wtedy w jego "przepytywankach" zaczęły padać pytania o kolegów z tego zarządu; co mówił ten, a co mówił tamten; utkwiło mi w pamięci, że szczególnie gorliwie interesował się on Andrzejem Kijowskim. I wtedy Igor Newerly zadecydował, że trzeba to wszystko radykalnie przeciąć, a prezes Wanda Żółkiewska powiedziała, że pójdzie z interwencją do Putramenta (zdradziła zresztą, że z terenu zarządu Oddziału Warszawskiego ZLP ma jeszcze jedną taką, prawie identyczną, sprawę).

Po mniej więcej tygodniu, może dziesięciu dniach przeżyłem scenę, którą w opowieściach raczyłem potem wielu kolegów, wspominałem też o niej w dwóch wywiadach radiowych czy też telewizyjnych już w niepodległej Polsce grubo przed wywiadem udzielonym p. Joannie Lichockiej z "Rzeczpospolitej". Otóż rano był ze Związku Literatów telefon Wandy Żółkiewskiej, że moja sprawa załatwiona jest pomyślnie, odpowiedziałem, że za godzinę, półtora będę u niej na Krakowskim Przedmieściu. Gdy się tam zjawiłem, pani prezes powiedziała: "No to idziemy do Putramenta, wszystkiego się dowiemy". Poszliśmy na niższe piętro i tam, na korytarzu, jakby panią Wandę coś tknęło, powiedziała: "Panie Włodzimierzu, niech pan tutaj poczeka, ja pójdę sama, a w zależności od tego, jak ta rozmowa będzie przebiegała, zawołam pana". Zawołany nie zostałem. Po chwili bowiem zza drzwi gabinetu Jerzego Putramenta rozległ się Putramenta głos (a miał on głos donośny, że nie musiał go wcale specjalnie podnosić, a słychać go było pod Kolumną Zygmunta). Krzyczał: "Co ten Odojewski opowiada! Kto go tam włóczy na jakieś przesłuchania! Nic takiego nigdy nie miało miejsca! Jeżeli Odojewski chce coś przeżyć z dreszczykiem, to niech się zabierze do pisania kryminałów. A nie opowiada wymyślone historie!" Prezes Żółkiewska wyszła z putramentowego gabinetu z porozumiewawczym, skierowanym do mnie uśmiechem na twarzy.

Ale równocześnie skończyły się te wymagające dużo zimnej krwi przesłuchania w żelaznym uścisku pana Majchrowskiego, choć nie skończyła się jeszcze moja z nim znajomość. Zobaczyłem go parę miesięcy później, kiedy powróciłem ze swej ostatniej podróży zagranicznej - to była Szwajcaria, gdzie otrzymałem jakieś wyróżnienie literackie, bodajże Nagrodę Jurzykowskich, potem był przejazd przez Austrię, gdzie w Wiedniu wcześniej umówiłem się z Jarkiem Abramowem-Newerlym, skąd po kilku dniach razem z nim odbyłem podróż do Jugosławii na Festiwal Prix Italia, tam właśnie w Belgradzie mający miejsce tegoż roku, na którym to festiwalu (radiowym) prezentowane były nasze słuchowiska, Jarka i moje. Byliśmy obaj zaproszeni przez dyrekcję festiwalu. Podróżowałem wtedy razem z żoną. Po zakończeniu festiwalu radio belgradzkie zafundowało nam tygodniowy pobyt-urlop na wyspie Hvar w tamtejszym wczasowym domu belgradzkiego radia i telewizji.

Już pierwsze nasze wyjście po przyjeździe na skalną plażę uwieńczone zostało spotkaniem z rodakami. Nasza głośna rozmowa po polsku wywołała entuzjastyczne wołanie z któregoś z wgłębień skalnych, był to nasz administracyjny szef z Myśliwieckiej z Warszawy, Stanisław Stampfl; leżał tam na materacu ze swoją córką. Tak więc było przywitanie, gadu, gadu, potem pytanie Stampfla, czy nie mamy czegoś do czytania polskiego, bo "Tu nawet "Trybuny Ludu" znaleźć nie można, straszne nudy!". Jarek powiedział, że Odojewski dostał w Wiedniu od swojej tłumaczki, kilka numerów paryskiej "Kultury". "To dajcie!" Daliśmy. Stanisław Stampfl przed swoim wyjazdem z Hvaru egzemplarze oddał. Ale... i tak oto owa "Kultura" paryska przedłużyła raptem moją znajomość z panem Majchrowskim. Po powrocie bowiem do Warszawy wezwany zostałem (telefonem, ale bardzo kotegorycznie) tym razem do Urzędu Bezpieczeństwa na Rakowiecką - mam się stawić tego a tego dnia, o godzinie tej a tej.

Majchrowski czekał na mnie gdzieś tam na dole przy portierni, cały w uśmiechach. Zaprowadził na piętro do gabinetu z oszklonymi pod ścianami szafami pełnymi polskich zagranicznych książek (pewnie z konfiskat na granicy), po telefonie z zewnątrz przeprosił, zostawił samego w gabinecie
(może byłem skądś obserwowany, czy coś ruszę na jego biurku), a kiedy wrócił posadził mnie naprzeciw siebie po przeciwnej stronie biurka i otwierając tekturową przygotowaną tam teczkę, powiedział, że otrzymał meldunek, że ja zagranicą zajmowałem się propagowaniem "Kultury" paryskiej. "Gdzie?" "W Jugosławii".

Pamiętam, że roześmiałem się. Powiedziałem: "To Stampfl wam taki meldunek złożył?" Na co Majchrowski teczkę zamknął i zaczął się sumitować: "Tego to ja powiedzieć nie mogę, ale taki meldunek wpłynął, więc muszę sprawdzić". Sprawa była tak głupia (a przecież Majchrowski głupim człowiekiem mnie się nie wydawał, może liczył, że znowu uda mu się mnie wciągnąć, nie wiem) i wszystko tak grubymi nićmi było szyte, że tylko znowu zareagowałem śmiechem. Swoją odpowiedź zapamiętałem, bo opowiadałem ją na prawo i lewo później wielokrotnie. Otóż, powiedziałem do Majchrowskiego: "Wiezione z Wiednia "Kultury" pan Stampfl pożyczył od nas, bo się, jak mówił, strasznie nudził. Meldunku w tej sprawie nie złożył wam mój przyjaciel, Jarosław Abramow-Newerly, jego jestem pewny, nie złożyła moja żona, jej też jestem pewny, ja na siebie też nie złożyłem, bo do takiej wyrafinowanej zabawy z samym sobą w ciu-ciu-babkę nie dorosłem jeszcze, meldunku nie nadesłała wam także córka Stampfla, ta ma bowiem lat dziesięć, może jedenaście. Więc tylko pozostaje Stampfl". "Ale musiałem sprawdzić!" na to Majchrowski. Tak się to spotkanie skończyło. Jeszcze odprowadzeniem mnie do bramy na dole. Znowu w uśmiechach.

Czy coś się zmieniło w mojej sytuacji życiowej od tego momentu? Tak, bardzo wiele. Widocznie pan Majchrowski do końca zrozumiał, że się już na terenie przez niego dyktowanym nie spotkamy. A więc równocześnie przestałem otrzymywać paszport na jakiekolwiek wyjazdy zagraniczne. Zaproszeń zaś miałem kilka, nawet związanych z wykonywanymi zajęciami w Studio Współczesnym radia na Myśliwieckiej. Nie pomogły żadne interwencje prezesa Sokorskiego. Wkrótce też pozbawiony zostałem kierownictwa Studia, co Sokorski załatwił zresztą w jedwabnych rękawiczkach, mówiąc: "Muszę pana zdjąć. Ale nie odbije się to na pensji". I tu kilka jeszcze zdań prezesa, które przez lata przypominam ze śmiechem: "Zbierzcie się chłopaki tam w tym piwogródku w Łazienkach, w którym - gdy przechodzę - widuję was w godzinach pracy. I uradźcie, kto ma być pana następcą. Dajcie mi znać". Rzeczywiście zebraliśmy się w łazienkowskim piwogródku nazajutrz i uradziliśmy, że na moje miejsce najbardziej nadaje się Jerzy Krzysztoń. Nie wychylał się za bardzo, a na pracy w słuchowiskach znał się doskonale. Sokorski do naszej prośby się przychylił, a w redakcji na Myśliwieckiej niewiele się zmieniło; zamiast tak zwane koszulki ze słuchowiskami do realizacji z moim podpisem poczęły wędrować koszulki z podpisem Krzysztonia.

I tu już ostatni akt mojego wtedy pobytu w kraju. I znajomości z panem Majchrowskim. Granica się dla mnie ciasno zamknęła. Nie tylko na Zachód, ale i do Demokracji Ludowych. A miałem wtedy z Zachodu dwie czy nawet trzy poważne propozycje stypendialne. Odpowiedzi z Biura Paszportowego były zawsze negatywne. Moje starania stawały się coraz bardziej nerwowe, ale z czasem i bezczelne. Bo na Zachodzie przybywało mi tłumaczeń i recenzji z tłumaczeń w zachodniej prasie. Wypisywałem więc listy protestacyjne do różnych instytycji - Ministerstwa Kultury i Sztuki, Wydziału Kultury KC PZPR, Sejmu, Rady Państwa. Wtedy w Ministerstwie Kultury i Sztuki nastąpiła zmiana personalna, ministrem mianowano towarzysza Tejchmę (bodajże przenosząc go z KC), o którym krążyły po Warszawie opowiastki, że jest trochę liberalniejszy od poprzednika. Mój kolejny wniosek został wtedy przez Ministerstwo załatwiony pozytywnie. Wniosek mój był na trzymiesięczny wyjazd do Francji na zaproszenie i niewielkie stypendium francuskiego PEN-Clubu.

Mój komentarz do tej nagłej "łaskawości" władz był taki: we władzach partyjnych Warszawy wiedziano już, że moja ostatnia powieść, która nie mogła się ukazać w Czytelniku, jest przygotowana w przekładzie do wydania we Francji. Myślę że to właśnie spowodowało pozytywną decyzję władz. "Tak się tam gwałtownie wybiera? To niech sobie jedzie, osobiście popróbuje, jak to smakuje. Potrzeba nam bohatera w rodzaju tych kilku krzykaczy radzieckich, o których teraz w różnych "wolnych europach" głośno?!!!". Tak pewnie ktoś zadecydował. Tak to sobie tłumaczyłem już wtedy. A i potem. Te moje domysły potwierdziło późniejsze wydanie paszportu na rok pobytu na Zachodzie także mojej żonie i córce.

Ubeckie władze mogły jednak mieć na temat mojego wydanego przez Biuro Paszportowe zezwolenia na wyjazd inne zdanie. Wskazywałoby na to chyba to, że już kiedy miałem w ręku paszport i zarezerwowany bilet w pociągu odchodzącym z warszawskiego Dworca Zachodniego, wywołał mnie z radia bardzo tajemniczo jeden z kolegów, mianowicie Kazimierz Strzałka z działu adaptacji słuchowisk. Umówił się gdzieś na jakiejś ławeczce w cieniu zarośli w pobliżu uniwersytetu i rozglądając się podejrzliwie na wszystkie strony syknął mi do ucha: "Niech pan panie Włodzimierzu nie przedłuża tutaj swej obecności, bo panu paszport odbiorą. Chodzą po radio i wypytują o pana. Szukają na pana jakiegoś haka". Podziękowałem mu serdecznie, bo jego umówienie się ze mną było aktem bohaterskim, należał bowiem do ludzi stale czymś przestraszonych, ale wyjechać wcześniej nie mogłem. Nie tylko dlatego, że miałem już bilet z datą, ale i dlatego, że u modnego krawca na Alei Niepodległości, u którego obszywali się aktorzy, zamówiłem sobie marynarkę i dwie pary spodni. Dlaczego informuję o takich głupstwach!? Otóż dlatego, że przez tego krawca, skrzyżowały się z towarzyszem Majchrowskim moje drogi po raz ostatni. Jadąc po paru dniach po odbiór garnituru i wysiadając z tramwaju, wpadłem wprost w jego ramiona. Przywitał mnie z wszystkowiedzącym uśmieszkiem na twarzy, powiedział, że słyszał, że jadę do Francji. I życzył mi, bezczelnie, dobrej drogi!

W opublikowanym przez warszawską paparazzitę artykule o mnie znajduję poza banałami, należącymi do ówcześnie powszechnej środowiskowej wiedzy, około 60 procent kłamstw i kłamliwych insynuacji. Przypisywanych mi brudnych śmieci. Mógłbym może przyjąć, że jest to (tak popularne w Polsce) potraktowanie zapisków ubeckich jako nie podlegającej dyskusji, absolutnie prawdziwej fotografii jakiegoś zdarzenia, fotografii czy może protokołu spisanego przez absolutnie wiarygodnych protokolantów z kancelarii absolutnie wiarygodnego prokuratora. Ale tak potraktować mi tę historię trudno, gdyż artykuł tej pani na mój temat poza ewidentnymi kłamstwami, które przenosi z jakichś akt, aż cuchnie w swych komentarzach do tych kłamstw od nienawiści i zbyt wiele w nim osobistego, negatywnego zaangażowania z jej strony. Może poczuła się, jak wyświęcony do zwierzeń  duchowny w konfesjonale i jej elaborat jest wyładowaniem sprawiedliwego gniewu na mnie, że się jej nie wyspowiadałem? Może zależało komuś na skłóceniu mnie z wieloma kolegami, czy nawet przyjaciółmi? Na wyobcowaniu mnie, mieszkańca zagranicy, z życia kulturalnego kraju do reszty? Na obsmarowaniu mnie czymś cuchnącym i usunięciu z literackiej współczesności? A wreszcie może za wysoko, według kogoś, urosłem i, jak to się tak często zdarza w kraju nad Wisłą, trzeba było ściągnąć mnie gwałtownie w dół? Ale do rzeczy! Czyli do elaboratu czołowej paparazzity warszawskiej.

Wśród przypisywanych mi śmieci jest wiele budzących śmiech! Podobno przekazywałem coś Majchrowskiemu na Słonimskiego. Otóż Słonimskiego nie znałem osobiście, czasem widywałem go tylko w kawiarni ZLP na Krakowskim Przedmieściu, siedzącego w towarzystwie przy stoliku przy oknie. Marię Dąbrowską i Annę Kowalską dwa razy odwiedziłem krótko w ich mieszkaniu ze swym przyjacielem Władysławem Lechem Terleckim; pozostał po tym ślad w pamiętnikach obu pań. Nie znałem osobiście Henryka Gaworskiego. Nigdy nie zetknąłem się z Andrzejem Brychtem. Nie znałem Pawła Jasienicy i nigdy się z nim osobiście nie zetknąłem. Nie znałem Jerzego Leca, ani Leopolda Buczkowskiego, choć jeżeli chodzi o tego ostatniego, to niezwykle wysoko ceniłem jego o Kresach książki. Jarosława Iwaszkiewicza wprawdzie znałem (nawet od dzieciństwa, bo znały się nasze rodziny), ale unikałem go jak mogłem, wiedząc o jego specyficznych zainteresowaniach. Nie znałem, nie spotkałem nigdy i w ogóle nie mam pojęcia kto to taki Wanda Buchman, którą podobno miałem niszczyć. Nie spotkałem się nigdy z Oskarem Tauschinskim, ani z Wilhelmem Johannysonem; pierwszy zdaje się był tłumaczem, drugi nie wiem nawet kim był. Nie znałem i nigdy się nie zetknąłem z Kazimierzem Wierzyńskim, z Aleksandrem Jantą-Połczyńskim, z krytykiem Andrzejem Biernackim, z Aleksandrem Maliszewskim, a David Welsh był moim przez lata wiernym tłumaczem na angielski i łączyła nas tylko serdeczna korespondencja. O działalności zaś Stanisława Sity i jego wyjazdach zagranicznych nie wiedziałem nic, nie należał do autorów Studia Współczesnego, bodajże jeden raz byłem u niego z żoną na jakiejś zbiorowej kolacji. Zaskakuje mnie także wiadomość, jakobym przekazywał ujemne uwagi na temat Kunstmanna - otóż on również był moim tłumaczem (tylko że słuchowisk na niemiecki), i dzięki niemu zarabiałem spore, jak na ówczesną Polskę, pieniądze. Coś więc tu w rewelacjach paparazzity nie gra. A już doprawdy domu wariatów jest warte twierdzenie, jakobym donosił na Igora Newerlego, ojca chrzestnego mojego literackiego dzieciństwa, człowieka któremu relacjonowałem dokładnie każde spotkanie z Majchrowskim.

Poza tym: nigdy nie byłem czymkolwiek częstowany przez Majchrowskiego, nigdy przez UB nie byłem nachodzony w moim domu. I nigdy - z wyjątkiem pierwszej ubeckiej „nasiadówki” w Pałacu Mostowskich - nie widziałem poza Majchrowskim jakiegokolwiek innego ubeka, o czym już wspominałem wyżej; te wszystkie wymienione przez paparazzitę w jej artykule ubeckie nazwiska, to wymysł (choć być może w tym gronie panował taki zwyczaj, że dla powiększenia swych zarobków, czy wykazania się przed swym zwierzchnictwem większą operatywnością, tworzyli fikcyjne stadka funkcjonariuszy, potrzebne jakoby do pilnowania jakiejś jednej ofiary i taką fikcją zapełniali ubeckie akta?). To tylko te najważniejsze sprostowania do rewelacji pararazzit'owych, której to pani nazwiska celowo nie wymieniam, żeby nie utrwalić w historii literatury polskiej. Pani mającej pretensjonalne ambicje bycia spowiednikiem zagłębionym w konfesjonale dziejów polskich, udzielającym łaskawie lub nie udzielającym rozgrzeszenia.

Na zakończenie kilka jeszcze zdań o panu, którego jakoby tak chętnie raczyłem różnymi wiadomościami, a przez którego, ja osobiście, czułem się parę lat zagrożony i dręczony, to znaczy o Krzysztofie Majchrowskim. Otóż - jak się niedawno dowiedziałem - p. Majchrowski od roku czy dwóch już nie żyje. W generalskich barwach, z potężną zapewne emeryturą, żył sobie spokojnie gdzieś w Polsce i - zdaje się - nie cierpiał z powodu różnych cierpień zadanych swym licznym ofiarom (bo jak dziś wiem: oprawiał pół Związku Literatów Polskich i był powszechnie znany w literackim środowisku). No i dalej cieszy on naszych rodzimych, tanich rozrabiaczy i daje chleb z masłem osobom takim, jak czołowa warszawska paparazzi'ta, twórczyni kłamliwych sensacji, która we mnie niedawno z takim impetem uderzyła.

Trochę to wszystko przypomina mi stary dowcip opowiadany przez Niemców o Polakach w piekle. Wśród wielu kadzi z wrzącą smołą, należących każda do innej narodowości, pilnowanych czujnie przez diabłów i widłami spychających na powrót w smołę tego, kto wypłynie na powierzchnię, tylko jedna kadź jest zupełnie wolna od diabelskiego nadzoru. Kadź polska! Gdyż nie trzeba jej pilnować! Kiedy bowiem tylko jakiś Polak wychyli głowę ponad smolistą powierzchnię, to sami rodacy wciągną go szybko za nogi z powrotem w głąb kadzi we wrzątek.

Włodzimierz Odojewski

Monachium. 14.I. 09.

 

Poniżej list Jarosława Abramowa-Newerlego do redakcji Rzeczpospolitej z 7-8.02.2009.

Do redakcji

Pani Joanna Siedlecka w swojej książce „Kryptonim »Liryka«” cytuje esbecką informację, z której wynika jakobym miał stwierdzić, że pod wpływem donosów Włodzimierza Odojewskiego mój Ojciec Igor Newerly miał zrezygnować z prezesury Odddziału Warszawskiego ZLP. Mój Ojciec zrezygnował z prezesury na znak protestu po odrzuceniu przez kierownictwo partii tak zwanego Memoriału Newerlego, rzeczowego dokumentu, który w postaci ankiety udowadniał kłopoty wydawnicze członków ZLP z cenzurą polityczną. W przygotowaniu tego dokumentu, opublikowanego w 2003 roku przez Bibliotekę Narodową ze wstępem profesora Jana Zielińskiego, brał udział cały ówczesny zarząd OW ZLP, w tym bardzo aktywnie Włodzimierz Odojewski i Jerzy Sito. Z nękania przez UB Odojewski zwierzył się mojemu Ojcu, który interweniował na jego rzecz u Jerzego Putramenta, ówczesnego sekretarza organizacji partyjnej. Zgodnie z tym, co powiedział w wywiadzie („Siekiera nad moją głową”, Rzeczpospolita z 2 grudnia 2008 roku) Odojewski, dalsze nękanie ustało. Pod wszystkim, co powiedział w tym wywiadzie, mogę się podpisać, bo zwierzał mi się z tych kłopotów. Na pewno zaś nie donosił na mojego Ojca czy swoich bliskich przyjaciół, których wymienia. To absurd. Wymysł specjalisty od literatów Krzysztofa Majchrowskiego, który – jak widać z dokumentów – umiał się wykazać inwencją twórczą przed swoimi przełożonymi, za co z czasem awansował na generała.

Jarosław Abramow-Newerly

 

Przeczytaj też:

uwagi Jeremiego Sadowskiego o książce J. Siedleckiej link 

tekst Bronisława Tumiłowicza "Pryszcz lustracyjny" w: Przegląd, nr 11/2009 link

tekst Wiktorii Śliwowskiej "Dr Jekyll i Mr IPN" w: Gazeta Wyborcza, 13.06.2009 link

 
« poprzedni artykuł
Komentarze

You must javascript enabled to use this form

Wredna Siedlecka
Po ukazaniu się książki Joanny Siedleckiej Kryptonim Liryka muszę w tym miejscu zrobić dygresję spowodowaną tym, co autorka Liryki napisała o Włodzimierzu Odojewskim.
Poznałem Go bowiem w czasie, o którym pisze Siedlecka.
W sądownictwie istnieje prawo interpretowania wszelkich wątpliwości na korzyść oskarżonego, u Siedleckiej wprost odwrotnie. Siedlecka podpuszcza czytelnika, insynuuje, wyciąga sprawy zupełnie nie związane z tokiem narracji...W przypadku Odojewskiego przechodzi sama siebie. Pisze: kierował już radiowym teatrem (nie teatrem, lecz Redakcją Słuchowisk Współczesnych . moje uzupełnienie) ciesząc się poparciem zarówno prezesa Sokorskiego, jak też swojej bezpośredniej przełożonej, Aliny Szenwaldowej, wdowy po Lucjanie, płomiennym komunistycznym poecie. Jedno zdanie i same insynuacje. Siedlecka słusznie mniema, że niezbyt rozgarnięty czytelnik, nasączony nową poprawnością historyczną, na samo nazwisko Sokorski zobaczy czerwonego diabła, który nic dobrego nie mógł zrobić. Podobnie Szenwaldowa, tylko dlatego, że była żoną płomiennego komunisty.
Nie wiem jak długo Szenwaldowa była żoną Szenwalda, niezbyt trzeźwy Broniewski, gdy przychodził do radia, mówił ponoć: różne znałem Szenwaldowe, tej nie pamiętam...
Nie zmienia to faktu, że Szenwaldowa uchodziła, w zgodnej opinii radiowców, za jedną z lepszych szefowych. Sama, być może, niewiele reprezentowała, ale miała doskonałe oko do twórców i popierała najlepszych. Wychodziła z założenia, że i tak część splendorów im należnych spadnie na nią. Różniła się od rozpowszechnionego później modelu szefa. Jej następcy ( w radio i telewizji) nie tolerowali mądrzejszych i zdolniejszych od siebie.
I strzygli trawnik równo. Wyjątkowo wredna jest też insynuacja Siedleckiej jakoby Odojewskiemu wręcz zależało na nieotrzymaniu paszportu, ponieważ rozpoczął już grę kolejną i zależało Mu (insynuuje Siedlecka) na leciutkim ukrzyżowaniu. Pamiętam przygotowania Odojewskiego do wyjazdu, rady Olgi Lipińskiej dotyczące garderoby, natomiast nie przypominam sobie, żeby pan Włodzimierz pozował na ukrzyżowanego, a wprost przeciwnie ostro ze mną walczył o każde słowo jako opozycjonista, przecież mógłby ze mną grać podejrzewając (jak dyrekcja STS, wszak byłem wówczas cenzorem ), że przekażę to gdzie trzeba. Natomiast widzę, bo mam wyobraźnię i doświadczenie tych lat, jak pan Włodzimierz stara się być eleganckim (bo takim był)w stosunku do inwigilujących go oficerów i taktownie, powoli odpowiada na pytania. Jeśli prześledzimy te odpowiedzi beznamiętnie, to okaże się, że mówił rzeczy, o których wszyscy wiedzieli, albo takie, o których władze wiedzieć powinny, jak na przykład o komentarzach i plotkach po Liście 34,czy też o niekorzystnych umowach z radiofoniami krajów demokracji ludowej, w wyniku których nie płacą honorariów autorom polskim.
Rozumiem, że autorka, która już od dawna żywi się jak hiena oskubując kolejno Gombrowicza, Witkacego, Kosińskiego, Herberta, przeszła na oskubywanie żywych, lub niedawno zmarłych, ale przyznam szczerze, ze ten rodzaj konsumpcji wydaje mi się (podobnie jak w przypadku Wildsteina) niebezpiecznie bliski temu, co swojego czasu robiło UB....Za donosy Siedleckiej i Wildsteina nie grożą wprawdzie wyroki śmierci, ale wielu ludzi (szczególnie z listy Wildsteina) wielokrotnie całkowicie niewinnych , dotknęła śmierć cywilna, niczym niezasłużona anatema, co powinno raz na zawsze wyeliminować go z życia publicznego. Ale to jest kraj, w którym Różański też nie został potępiony, a obdarowany stanowiskiem dyrektora PIW... Dziwny kraj...
Siedlecka raz po raz wychodzi z ram wyciągając na wierzch swoim bohaterom kochanki, orientację seksualną (skąd wie, że Giedroyć był homoseksualistą ?!), relacjonując prywatne, podsłuchane rozmowy przez SB (Słonimski, Dygat, Konwicki), które mają na celu jedynie zdyskredytować wymienionych w oczach dzisiejszego czytelnia, tak jak to chciało zrobić SB.
Nie wiem dlaczego IPN tak życzliwie ujawnił autorce nagrania dotyczące bardzo prywatnych spraw. Wszak w rozmowach telefonicznych nieraz ponosi nas temperament, ponosi nas drobny incydent, mówimy słowa niewyważone i bywa, że niesprawiedliwe, ale przecież nie dla potomności. Animozje autorki wyłażą z niej przy każdej okazji. Pisząc zupełnie o czym innym, robi dygresje, że Michnik uważa generała Kiszczaka za człowieka honoru...Sytuacja podobna jak w przypadku Odojewskiego z Sokorskim i Szenwaldową...
Joanna Siedlecka nie jest młódką, jak można by domniemywać po zamieszczonej fotografii ( nie pomoże glans i róż...) i doskonale zna realia lat sześćdziesiątych, wobec czego mogłaby nie kłapać dziobem ( jej określenie) jak nastolatka.
Być może Siedlecka nigdy nie była przesłuchiwana. Być może była tak ostrożna, że zarówno sama, jak i wybrani przez nią znajomi nigdy nie narażali się władzy i wobec tego nie zna realiów rozmów ze służbami specjalnymi. Ja znam, chociaż nie czuję się ani trochę ukrzyżowanym. Było to w stanie wojennym. Dokładnie nie pamiętam kiedy, ale pamiętam, że 4 grudnia, bo na spotkanie wychodziłem z przyjęcia imieninowego Basi Wachowicz. Zostałem (pisemnie) wezwany na Żytnią na przesłuchanie. Było to, pamiętajmy, dwadzieścia lat po przesłuchaniach Odojewskiego i po powszechnie znanych przesłuchaniach opozycjonistów, a jednak....Pierwsze pytanie jakie mi zadali dwaj przesłuchujący dotyczyło moich znajomości z pracownikami ambasad. Odpowiedziałem bardzo grzecznie, a nawet krotochwilnie (byłem w trakcie przyjęcia imieninowego, nie bezalkoholowego!), że pytanie jest zbyt ogólne i proszę o bardziej sprecyzowane. Powiedziano mi wówczas, że chodzi o męża mojej znajomej (absurdalnie podejrzewali mnie o romans z nią !?), który był pracownikiem ambasady francuskiej i według ich rozeznania miał być szpiegiem. I tu ja, dwadzieścia lat po Odojewskim i po znanych mi zeznaniach opozycjonistów, uważając, że zarzut jest absurdalny, palnąłem, że podejrzany wybudował dom w Wildze, co, w moim przekonaniu, świadczy, że chce osiedlić się w Polsce , rezygnując z Paryża, miejsca znacznie bezpieczniejszego dla szpiega na rzecz Francuzów. Przesłuchujący mnie bardzo żywo zainteresowali się domem w Wildze i dopiero wówczas zrozumiałem, że palnąłem głupstwo i zacząłem niezbyt udolnie zgubić ten trop. Niczego, oprócz tego nie powiedziałem, ale uważałem, że i tak zbyt dużo. Przesłuchujący zapytali mnie, czy gdybym doszedł do wniosku, że pan C jednak jest szpiegiem, to poinformowałbym o tym przesłuchujących. I tu, niech pani Siedlecka natęży ucho, a nawet dwa, odpowiedziałem, że przecież jestem patriotą. Prosili o podpisanie zeznań, ale dwadzieścia lat po Odojewskim dobrze wiedziałem, że niczego się nie podpisuje. Każdego, kto by czytał moje zeznania, nie znał mnie, mojego sposobu bycia, ani (dla mnie ) krotochwilnych okoliczności zeznań, nie miałby wątpliwości, że deklaracja patriotyzmu nie była w tym przypadku ironiczna, lecz świadczyła o chęci szczerej współpracy. Ja owszem doniosłem... następnego dnia rano, telefonicznie, żonie posądzanego o wszystkim, co mówiłem, uprzedzając ją, że powiedziałem o Wildze. I chociaż , podobnie jak w przypadku Odojewskiego było oczywiste, że telefon posądzanego musi być na podsłuchu, to jednak, podobnie jak Odojewski kłapałem dziobem...
Skarcił mnie za to jeden z przesłuchujących na spotkaniu w kawiarni Tokaj, do której mnie zaprosił, w której wprawdzie niczego ode mnie się na dowiedział na temat szpiegowania pana C, bo tylko to go interesowało, natomiast ja się od niego dowiedziałem kto mnie doniósł, żebym nie dostał paszportu do RFN , gdzie miałem jechać na zaproszenie rządowe...
Spotkanie było więc dla mnie satysfakcjonujące i ostatnie. Czy mogłem odmówić ? Mogłem, ale nie chciałem, ponieważ bardzo zależało mi na dowiedzeniu się kto mnie doniósł.
Bardzo by mi pochlebiało, gdyby Joanna Siedlecka, czy Wildstein wzięli mnie na swój warsztat, świadczyło by to, że byłem kimś w PRL, tymczasem moja teczka w IPN jest pusta i żeby zadowolić swoją megalomanie piszę wspomnienia...
Włodzimierza Odojewskiego znałem tylko z kontaktów radiowych. Nie byłem Jego przyjacielem. Ale nawet gdybym Go nie znał zupełnie, czytając to, co napisała Siedlecka i jak napisała, doszedłbym do przekonania, że laureatka nagrody ministra i wyróżniona Józefem Mackiewiczem zwija się po prostu z zawiści, że nie napisała Zasypie wszystko, zawieje, nie dostała tych honorariów i tych nagród, co sposponowany przez nią Odojewski.
Fragment wspomnień Andrzeja Matyni przygotowywanych do druku

Napisał Andrzej Matynia, dzień 02/19/2009 o 17:36

 1 
Strona 1 z 1 ( 1 Komentarze )
©2007 MosCom

Musisz się zalogować by móc dodać komentarz.
Komentarze wyrażają jedynie opinie ich autorów a nie redakcji.

Sonda

Czy nowa ustawa o kombatantach objąć powinna także osoby działające na emigracji, w tym w RWE?
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, czy Radio Wolna Europa powinno nadawać dłużej niż do 1994 r.?
Padł postulat aby Radio Wolna Europa trafiło do podręczników historii. Jaka jest Twoja opinia?
© 2017 wolnaeuropa.org
Zawartość strony: Andrzej Borzym redakcja@wolnaeuropa.org
Administracja: Tomasz Komorek administracja@wolnaeuropa.org

Ta strona nie jest w żaden sposób związana z RFE/RL, Inc., które nie ponosi
odpowiedzialności za jej zawartość.