Migawki/zajawki

Archiwa
 

Spory polsko-amerykańskie w RWE

czytaj
 
Home arrow Sylwetki arrow Na dwóch fortepianach - Stanisław Deja
Na dwóch fortepianach - Stanisław Deja

Stanisław Deja (1950) w Radiu Wolna Europa pracował od listopada 1978 r. do czerwca 1994 r. początkowo jako spiker, potem dziennikarz. Z wykształcenia jest pianistą, absolwentem Konserwatorium im. Rimskiego-Korsakowa w Leningradzie (dziś St. Petersburg). Po zamknięciu Radia w Monachium wrócił do muzyki, głównie klasycznej, ale nie stroni od współczesnej i popularnej. Występuje w Polsce i za granicą. Ostatnio rozgłosem cieszą się jego występy i nagrania ze Skaldami, z dawnymi przebojami tego zespołu aranżowanymi na dwa fortepiany. Zob. video na You Tube link albo posłuchaj fragmentu nagrania z jednego z koncertów „Skaldowie na dwa fortepiany – live”.



Teraz zapowiada się twoje występy: „przy fortepianie Stanisław Deja”, zamiast jak dawniej w Radiu Wolna Europa: „przy mikrofonie Stanisław Deja”. Wróciłeś do muzyki. Czy muzyka to dla ciebie powołanie czy zawód?

Czy wróciłem do muzyki? Właściwie zawsze grałem na fortepianie, również w okresie, gdy pracowałem w Radiu. Więc w przenośni, grałem wtedy na dwóch fortepianach. Choć w czasach monachijskich dziennikarstwo czy wcześniej praca spikera w RWE były oczywiście moim głównym zajęciem. Gdy Radio w Monachium zamknięto, kontynuowałem wykonawstwo i w naturalny sposób wysunęło się ono na pierwszy plan.

Czym było dziennikarstwo i praca w RWE dla ciebie – powinnością, sposobem zarobkowania?

Po części na pewno powinnością, odruchem stanięcia po właściwej stronie. Była to też niepowtarzalna okazja do poznania niezwykłych ludzi i przejścia przez niezwykłą szkołę dziennikarstwa. Okazja, z której nie wolno było nie skorzystać. Ta praca zapewniała też oczywiście środki do życia na emigracji, i to życia bez większych trosk materialnych.

Wróćmy do dawniejszych przedradiowych czasów. Ukończyłeś konserwatorium w Leningradzie. Jak tam trafiłeś?

Na te studia rekomendowała mnie moja średnia szkoła muzyczna w Gdańsku, która uznała, że na to zasługuję, dobrze rokuję. Był to 1969 r. Dla mnie i dla moich rodziców było to wyróżnienie. Pochodzę z dość biednej rodziny, ojciec był robotnikiem. Wyjazd i stypendium oznaczały, że rodzice nie musieli ponosić kosztów mojego dalszego kształcenia. Konserwatoria rosyjskie cieszyły się przy tym wielkim uznaniem, zwłaszcza w klasie fortepianu, którą kończyłem. Jeśli dzisiaj krytycy cenią pełny, soczysty ton mojej gry, to tam z pewnością się go nauczyłem.

Czy nawiązałeś w Leningradzie bliższe kontakty z Rosjanami? Jaki miałeś wtedy stosunek do Rosji i Rosjan?

Stosunek Polaków do Rosjan i odwrotnie jest ambiwalentny – z jednej strony mamy podobne dusze, wspólne niektóre korzenie, podobny język, i to nas zbliża. Dzieli nas stosunek do władzy, do poczucia wolności, do niezależności innych narodów. I ta ambiwalencja dawała się odczuć w moich kontaktach z Rosjanami. Jednocześnie widziałem nieraz, że Polska i Polacy Rosjanom jakoś imponują – tym, że się stawiają, nie na wszystko się zgadzają, mają własne zdanie. To wzbudzało ich ciekawość, tym bardziej, że dla wielu studentów w akademiku konserwatorium, dokąd zjeżdżali studenci z całej Rosji, Polska to była egzotyka.

Czy zetknęłeś się tam ze środowiskiem dysydenckim, czy choćby niezależnie myślącym?

Właściwie nie. Mam wrażenie, że - przynajmniej w tych kręgach, w których ja się wtedy obracałem - zainteresowanie polityką było niewielkie, a jeśli było, to raczej po linii partii. Pamiętam, że w grudniu 1970 r. pytano mnie o wydarzenia w Gdańsku i Szczecinie, ale reakcje były na ogół w duchu: „no, partia chyba szybko przywróci tam porządek”. Tych ludzi bardziej interesowała własna dusza, niż polityka. Zajmowanie się polityką mogło być poza tym b. niebezpieczne. Niektórzy słuchali zachodnich rozgłośni, częściej BBC niż Radia Swobodę, które było potężnie zagłuszane, ale to były wyjątki.

Zresztą ja też nie byłem wtedy specjalnie uświadomiony. Dopiero, gdy wyjechałem w 1973 r. na kilka miesięcy do Berlina Zachodniego podczas urlopu dziekańskiego, bardziej otworzyły mi się oczy. Spotkałem się tam z moim kolegą z klasy z Gdańska, a później z Radia, Wieśkiem Wawrzyniakiem, który studiował w Berlinie, a także z publicystą Peterem Rainą. Przywiozłem wtedy do Leningradu z tej wyprawy trochę bibuły, jakieś artykuły Sołżenicyna, „Doktora Żiwago” Pasternaka. To, owszem, znalazło zainteresowanie rosyjskich kolegów, ale oczywiście w małym kręgu, w ścisłej tajemnicy.

Jaki był poziom studiów w leningradzkim konserwatorium, co dały ci one pod względem zawodowym.

Muzyka jest szalenie ważna dla Rosjan. Władze sowieckie liczyły się chyba z tym, a poza tym wysoki poziom studiów muzycznych a także sztuki – orkiestr, solistów, baletu, to była kwestia prestiżu tego państwa, dziedzina, którą chciano się chwalić w świecie. Przykładano więc dużą wagę i przyznawano duże środki na szkolnictwo w tych kierunkach. Konserwatorium w Leningradzie należało do najlepszych. Jest nim zresztą i dzisiaj.

Skończyłeś studia w 1974 r. z wyróżnieniem. Jak trafiłeś z Leningradu do Monachium?

Po pierwszym pobycie w Berlinie Zachodnim byłem już na tyle „zepsuty”, że nie widziałem dla siebie miejsca nawet w Polsce, w tamtym systemie. Korzystając z tego, że po studiach miałem jeszcze ważny paszport wyjechałem znów do Berlina. Spędziłem tam 2 lata. Zapisałem się na dalsze studia w Wyższej Szkole Muzycznej. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że czas przejść do kolejnego etapu w tym zawodzie, tj. wstąpić do klasy mistrzowskiej. W tym celu przeniosłem się do Monachium i dwa kolejne lata poświęciłem doskonaleniu warsztatu, już w połączeniu z koncertami publicznymi.

Pewnego dnia dowiedziałem się, że Radio Wolna Europa poszukuje nowych pracowników. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty na stanowisko spikera. Zacząłem w 1978 r. w czasach dyrektora Zygmunta Michałowskiego. W okresie dyrekcji Marka Łatyńskiego przeszedłem do dziennika radiowego jako redaktor. To był prawdziwa szkoła rzetelnego dziennikarstwa. Po jakimś czasie za sprawą wicedyrektora Lechosława Gawlikowskiego, wzięto mnie do desku, czyli redakcji. Redagowałem „Panoramę Dnia”, prowadziłem audycje poranne i inne programy. Cały czas, w różnych audycjach, korzystano z moich umiejętności muzycznych. A niekiedy z dobrej znajomości języka rosyjskiego, przy tłumaczeniu materiałów, które otrzymywaliśmy z rosyjskiej redakcji, czy innych tekstów.

Pracowałeś w RWE 16 lat. Co było dla ciebie w tym okresie najważniejsze?

Myślę, że kontakty z ludźmi, którzy pracowali w zespole Polskiej Rozgłośni lub z nią współpracowali. To były często wyjątkowe lub wybitne postacie – pisarze, publicyści, artyści, prawdziwi patrioci. W pierwszym okresie mojej pracy wielu reprezentowało jeszcze starą emigrację, która wyznawała wartości II Rzeczypospolitej. To było fascynujące dla nas młodych, nie znających tamtej Polski, zatrutych do pewnego stopnia Polską Ludową. Te różnice pokoleń, konfrontacja dwóch światów bywała zresztą czasem źródłem konfliktów czy nieporozumień między starym i nowym zespołem. Po części było to naturalne, ale po części, niestety, podsycane, wyolbrzymiane, po obu stronach zresztą, gdy ważne były jakieś zasadnicze rozstrzygnięcia.

Pracowałeś za kadencji czterech dyrektorów Polskiej Rozgłośni. Którego ceniłeś najbardziej?

Zdecydowanie Marka Łatyńskiego. Za jego znakomite, wyważone publicystyczne pióro, takt, rozwagę i niezłomność. Dobrze współpracowało mi się także z Piotrem Mroczykiem, który był bezpośredni, niemal jak kumpel.

Jak przeżyłeś zamknięcie Radia i kiedy wróciłeś do Polski?

Zamknięcie Radia zbiegło się z moimi osobistymi, rodzinnymi kłopotami, więc był to trudny okres. Po tak długim czasie na emigracji byłem związany na różne sposoby z Monachium, Niemcami. Do Polski wróciłem właściwie niedawno, 2 lata temu, kiedy uświadomiłem sobie, że trzeba zatoczyć koło, wrócić do punktu wyjścia, tam gdzie mogę być potrzebny. Osiadłem przy granicy polsko-niemieckiej. Uczę tam muzyki, próbuję coś robić na rzecz zbliżenia polsko-niemieckiego. Występuję z koncertami w Polsce i za granicą.

Wiem, że grasz w ośrodkach polonijnych w różnych krajach. Czy to nowa forma misji?

Po części tak, choć podobnie jak wypadku Radia misja miesza się z pragmatycznymi celami. W każdym razie występowałem w ostatnim czasie z koncertami dla Polaków w dawnych republikach radzieckich, a wcześniej w Niemczech i USA. W Turkmenistanie np. grałem muzykę Chopina i prowadziłem kursy mistrzowskie dla tamtejszej młodzieży. Polska stała im się przez to bliższa. Chodzi też o to by propagować polską muzykę klasyczną na świecie, bo mam wrażenie, że się o niej zapomina, co może być efektem zaniedbań polskich instytucji kulturalnych albo braku środków.

Jaki kompozytor czy okres muzyki klasycznej jest ci najbliższy?

Najczęściej wykonuję Chopina, po części na życzenie sponsorów i słuchaczy, ale też dlatego, że mam opanowany jego repertuar i sądzę, że mam swoją interpretację jego utworów. Kocham grać Mozarta, klasyczną muzykę rosyjską, francuską. Ale jestem otwarty na różne style i gatunki. Ostatnio uraczyłem słuchaczy w filharmonii olsztyńskiej w koncercie Mozarta kadencjami jazzowymi – i się spodobało. Nie stronię od muzyki współczesnej...

Jakiś czas temu występowałeś z Pendereckim...

Z Krzysztofem Pendereckim wystąpiłem w 2007 r. dwa razy na koncertach w Niemczech jako solista jego koncertu fortepianowego „Zmartwychwstanie”. Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie kontynuowana, gdyż bardzo cenię tego kompozytora i dyrygenta, i jestem pełen podziwu dla jego niezwykłej inwencji twórczej i ogromnej pracowitości. Nota bene z Pendereckim przeprowadziłem przed laty wywiad dla RWE. Nie mamy lepszego ambasadora polskiej kultury, niż on.

Nie stronisz też od muzyki lekkiej. Wyraźnie z wielką pasją grasz utwory Skaldów a nagranie jednego z waszych wspólnych koncertów zyskało znaczny rozgłos. Jak doszło do tej współpracy?

To był właściwie pomysł naszych wspólnych szwajcarskich znajomych, moich i Andrzeja Zielińskiego – założyciela zespołu, żeby postawić dla nas obok siebie dwa fortepiany. Andrzej Zieliński początkowo był dość sceptyczny wobec tego pomysłu, czemu się nie dziwię, bo mnie jako pianisty nie znał, choć osobiście znaliśmy się wcześniej. Dopiero w czasie krótkiej próby przekonał się, że to ma sens, że to wspólne granie może stworzyć nową jakość. Poza tym Andrzej komponował swoje przeboje pierwotnie właśnie na fortepianie, później dopiero były one aranżowane na rockowy zespół, więc był to dla niego powrót do oryginalnej wersji tych utworów. Dla mnie jest to oczywiście zaszczyt występować z tak świetnymi i popularnymi muzykami, a także poszukiwanie nowych form wyrazu. Okazało się, że przy okazji, stałem się też trochę popularny. Wspomniana podwójna płyta „Andrzej Zieliński – Stanisław Deja” wydana w 2 nakładach przez Polskie Radio sprzedaje się b. dobrze, jesteśmy zapraszani na koncerty, co ciekawe również w filharmoniach.

A co próbujesz robić dla zbliżenia polsko-niemieckiego?

Jednym z projektów jest koncert na dwa fortepiany w wykonaniu moim i niemieckiego pianisty. Myślę o „Sonacie” Mozarta i „Wariacjach” Lutosławskiego. Ma się to odbyć 1 września 2009 r. w rocznicę wybuchu wojny po obu stronach Nysy z pomocą beamów i bezpośredniego połączenia. To multimedialne widowisko powinno pokazać, że mimo okropności tamtej wojny, Polacy i Niemcy chcą i potrafią razem współtworzyć. A język muzyki rozumieją wszyscy.

Rozmowę przeprowadził A.Borzym

Grudzień 2008

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Komentarze

You must javascript enabled to use this form

Musisz się zalogować by móc dodać komentarz.
Komentarze wyrażają jedynie opinie ich autorów a nie redakcji.
© 2017 wolnaeuropa.org
Zawartość strony: Andrzej Borzym redakcja@wolnaeuropa.org
Administracja: Tomasz Komorek administracja@wolnaeuropa.org

Ta strona nie jest w żaden sposób związana z RFE/RL, Inc., które nie ponosi
odpowiedzialności za jej zawartość.